Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
Majówka 2010 - II część

Majówka 2010 – piesze wędrówki

 

1 dzień

Między Lubieszewem a Stawnem (2)

 

 J. Leszczełowski

 

Między lubieszewskim kościołem a jeziorem Lubie znajdują się zabudowania dawnego majątku ziemskiego, które po wojnie użytkował miejscowy PGR. Wielki pałac z czerwonej cegły nie jest w najlepszym stanie, ale jego widok przyciąga wzrok. Zabudowania należą teraz do prywatnej firmy, ale można łatwo uzyskać pozwolenie na rozejrzenie się po tym obiekcie.

W parku za pałacem znajduje się symboliczny nagrobek syna dawnych dzierżawców, który poległ podczas I wojny światowej. Dzierżawcą domeny był wtedy radca urzędowy Erich Koch, którego syn wyruszył na wojnę w 1914 i poległ w listopadzie tego samego roku. Zrozpaczeni rodzice ufundowali niewielki obelisk, który przypomina o śmierci młodzieńca. Napis na kamieniu brzmi: Dla upamiętnienia naszego syna Hansa Kocha, porucznika Pomorskiego Regimentu Grenadierów, poległego 4 listopada 1914 roku pod Whijtschnele. Dziwaczna zapis nazwy miejscowości, w pobliżu której zginął młody Koch, wskazuje, że walczył na froncie wschodnim. Nazwę zapisano fonetycznie, prawdopodobnie miejscowość nazywała się: Wyjcznele. Poniżej umieszczono fragment wiersza Marsz strzelców Alberta Methfessela z 1813: Wer den Tod im heilgen Kaempfe fand, ruht auch in fremder Erde im Vaterland! (Kto znalazł śmierć w świętym boju, ten - nawet pochowany w obcej ziemi - spoczywa w kraju ojczystym!). W dolnej części pomnika znajduje się wskazanie na fragment Ewangelii św. Jana.

 


Pomnik poświęcony poległemu synowi dzierżawcy folwarku w Lubieszewie.

 

Na fronty I wojny światowej ruszyło wielu lubieszewian i tylko niektórym udało się powrócić do rodzinnej miejscowości. Pomnik poświęcony poległym mieszkańcom wsi stał na placu przykościelnym jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wtedy to zainteresował się nim jeden z miejscowych dygnitarzy, który w przypływie fałszywego patriotyzmu kazał przewrócić pomnik ciągnikiem i wyrzucić na śmietnisko. Miejscowy nauczyciel i znany działacz społeczny, Bruno Wienconek, opowiadał mi przed kilkoma laty (niestety, pan Bruno Wienconek, mój nauczyciel wychowania fizycznego, zmarł w zeszłym roku), że po zdewastowaniu pomnika wieś odwiedzili smutni panowie spod znaku Służby Bezpieczeństwa. Esbecy zaniepokojeni byli incydentem, gdyż bali się reakcji zachodnioniemieckich mediów. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a pomnik ocalał dzięki panu Wienconkowi, który ustawił go w pobliżu pola namiotowego nad jeziorem Lubie, gdzie można go oglądać do dziś. Lubieszewski pomnik upamiętnia długą listę zabitych w wojnie żołnierzy. Obok ich nazwisk umieszczono wizerunek miecza, natomiast po drugiej stronie pomnika widnieje wspaniały krzyż maltański otoczony wieńcem - w połowie z liści dębowych (według zaleceń T. Koernera), a w połowie z liści laurowych. Poniżej odczytać można napis: Swoim bohaterom poległym w wojnie światowej wdzięczne Lubieszewo oraz wiele mówiący cytat z Ewangelii wg św. Jana Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). 

 


Pomnik żołnierzy poległych na frontach I wojny światowej w Lubieszewie.

 

Zanim opuścimy Lubieszewo posłuchajmy legendy związanej z tą miejscowością.

Bez przebaczenia[i]

Pewnego dnia tragiczna wiadomość wstrząsnęła mieszkańcami Lubieszewa. Młoda i piękna córka jednego z ubogich gospodarzy otruła się. Wcześniej została uwiedziona przez jednego z miejscowych parobków folwarcznych. Młody mężczyzna nie powiedział jej, że kiedy zabiegał o jej względny był już dawno zaręczony z córką miejscowego młynarza. Wieśniak liczył na tłusty posag, więc ani myślał poślubić pięknej lecz biednej dziewczyny, którą adorował jedynie z męskiej próżności.

Minęły tygodnie od tragicznej śmierci, kiedy pewnego wieczora nieuczciwy chłopak udał się na podwórze folwarku ziemskiego w Lubieszewie. Z daleka dostrzegł postać kobiety, która przypominała jego narzeczoną, córkę młynarza. Chłopak powitał ją radośnie i dopiero wtedy zauważył, że przed nim stoi duch zmarłej z jego winy dziewczyny. „To dobrze, że odezwałeś się do mnie” – rzekła zjawa. Dziewczyna poprosiła go, by pomógł jej uzyskać zbawienie, gdyż jako samobójczyni nie mogła zaznać spokoju i udręczona ciągle wędrowała po okolicy. Chłopak był jednak niewzruszony. Powiedział, że nic go to nie obchodzi i ruszył do spiżarni, gdzie przebywali inni folwarczni parobcy. Wtedy potężny promień ognia uderzył w drzwi spiżarni, a nieszczęsny parobek został jakąś tajemniczą siłą wyrzucony z powrotem na podwórzy. Ze strachu niemal nie zemdlał. Tajemna siła szarpnęła jeszcze kilkakrotnie parobkiem i w końcu znikła. Był to duch martwej dziewczyny. Po kilku dniach znowu na drodze parobka pojawił się duch dziewczyny, która po dobroci próbowała przekonać go do współpracy. Kiedy to nie skutkowało zjawa uciekała się do przemocy prześladując okrutnie parobka. Trwało to wiele tygodni. W końcu parobek nie miał ani chwili spokoju, nawet we własnym łóżku. Miejscowy pastor i dzierżawca majątku przekonywali go, żeby pomógł zjawie, ale on uparcie odmawiał.

Pewnego dnia parobek szedł wraz z kolegą przez wieś, kiedy zbliżył się do nich mały piesek. Zwierzę zaciekle ujadało i nie pozwalało się odstraszyć. Wkrótce rozmiary psa zaczęły się powiększać i w końcu przybrał on postać zmarłej dziewczyny. „Spójrz!”- wrzasnął przerażony kolega – „To znowu ona! Pomóż jej, bo nigdy się od tego przekleństwa nie uwolnisz”. Tym razem uparty parobek ustąpił i obiecał zmarłej pomoc. Chciał w ten sposób uzyskać upragniony spokój. Zjawa zażądała, żeby w określonym dniu przeniósł ją od ogrodzenia majątku ziemskiego do podwórza kościelnego, wymawiając przy tym wersety z biblii. Duch dziewczyny zgodził się, żeby parobkowi mógł towarzyszyć jego przyjaciel. Jednakże mógł on dojść jedynie do muru kościelnego, nie mógł wchodzić na przykościelny cmentarz. W tym czasie zmarłych chowano jeszcze na starym cmentarzu, który znajdował się wokół kościoła.

 

  

Po lewej: podwórze majątku ziemskiego, na drugim planie pałac. Po prawej: kościół i dziedziniec, na którym znajdował się niegdyś wiejski cmentarz

 

Nadszedł dzień wypełnienia obietnicy. Wieczorem niemal cała wieś zebrała się przy murze majątku, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Parobek w towarzystwie swego kolegi wolno maszerował w kierunku świątyni dźwigając tajemniczą zjawę. Chłopak sapał ciężko i każdy krok sprawiał mu wielką trudność. Przed murem kościelnym przyjaciel musiał się zatrzymać i obserwował zdarzenia z daleka. Dziewczyna rozpuściła się w powietrzu, a kościelne dzwony zaczęły bić jak oszalałe. Parobek długo nie wracał. Jego kolega odważył się w końcu przekroczyć mury cmentarza. Znalazł przyjaciela leżącego na grobie dziewczyny, niemal martwego z wyczerpania. Później parobek opowiadał, że każdy krok w stronę kościoła powodował, że zjawa była coraz cięższa. Co stało się z nim przy grobie dziewczyny, nie pamiętał.

Zjawa nie pojawiła się już nigdy we wsi, ale parobek wkrótce ciężko zachorował. Dolegliwość męczyła go przez trzy lata aż w końcu zmarł w męczarniach.

 

Teraz udamy się w kierunku drogi prowadzącej w kierunku Linowa. Po drodze miniemy strumień Kamienny i dalej świetną smażalnię ryb „Lubię ryby” położoną nad malowniczymi stawami. Polecam znakomite pstrągi.

 

Niebieska trasa to szlak turystyczny, na brązowo zaznaczyłem drogę, którą przebyłem

 

Za smażalnią skręcamy w prawo w drogę gruntową, którą biegnie czarny szlak turystyczny do wzgórza Lisica i drogi Linowo-Stawno. Lisica słynie z pięknych widoków, ale ja wybrałem na bezimienne niezalesione wzgórze znajdujące się bliżej wsi, które wskazali mi spotkani mieszkańcy Lubieszewa. Wzgórze znajduje się po prawej stronie drogi, a na jego szczyt można wejść idąc miedzą dzielącą pola uprawne. Wzgórze to jest bezimienne na polskich mapach, natomiast na dokładniejszych mapach niemieckich znajdziemy jego nazwę: Galgenberg (150,2 m.n.p.m.), czyli lubieszewskie Wzgórze Szubieniczne.

Nasza wyprawa połączyła więc dwa wzgórza, które łączy sprawa czarownic. Według dość powszechnego zabobonu miały się one zlatywać się na  sabat na Blocksbergu, natomiast na Galgenbergu, pewnie nie jeden raz, ten sam bezmyślny zabobon kazał poddawać męczarniom kobiety podejrzane o uprawianie czarów.

Dziś na wierzchołku Galgenbergu leżą liczne głazy narzutowe. Widok jest wspaniały. Poniżej zamieszczam mały fotoreportażyk. 


 

Na szczycie bezimiennego wzgórza

 

Widoki ze wzgórza na Lubieszewo, Lubie, pola i lasy…








Głazy na szczycie Wzgórza Szubienicznego

 


Lubieszewo (dawniej Guentershagen)

 

Spoglądając na rozciągającą się u naszych stóp wieś Lubieszewo, posłuchajmy legendy, o powstaniu wsi i jej starej nazwy Guentershagen. Legendę tę zaczerpnąłem ze zbiorku profesora O. Knoopa, jednak pozwoliłem sobie ją nieco ubarwić i rozbudować. Legendę miał opowiedzieć profesorowi wiejski nauczyciel z Karwic.

 

 

Wielki kurfirst. Fryderyk Wilhelm I - książe Prus i elektor brandenburski

Jak powstała wieś Guentershagen[ii]

W latach 1674-79 władca Brandenburgii i Prus Fryderyk Wilhelm I, nazywany też wielkim kurfirstem, toczył wojnę z królestwem Szwecji o panowanie nad Pomorzem Zachodnim. Armia szwedzka od dziesiątek lat uchodziła w Europie za niezwyciężoną, co jednak nie znalazło potwierdzenia w tej wojnie.

W tych burzliwych latach w chałupie nad wysokim brzegiem jeziora Lubie mieszkał ubogi chłop o imieniu Guenter. Pewnego dnia w jego skromne progi zawitał bogato ubrany dostojny mężczyzna, który uprzejmie przywitał wieśniaka i rozpoczął z nim pogawędkę. Guenter widząc, że rozmawia z budzącym zaufanie Brandenburczykiem rozluźnił się nieco i zaczął złorzeczyć na duży oddział Szwedów, którzy założyli warowny obóz na pobliskim Galgenbergu. Żołnierze ówczesnym zwyczajem uwalniali okoliczną ludność od cennych przedmiotów i żywego inwentarza. Obcy mężczyzna zainteresował się tą opowieścią i zapytał chłopa, czy dobrze zna okolicę. „Wielmożny Panie, przecież ja tu urodzony. Znam tutaj każde źdźbło trawy” – odrzekł Guenter. Przybysz ożywił się jeszcze bardziej i zapytał: „A potrafilibyście dobry człowieku zaprowadzić mnie i moich ludzi do Galgenbergu tak, żeby te „śledzie” nas nie dostrzegły?”. „Panie, to bardzo trudne, bo z Galgenbergu szwedzkie straże widzą całą okolicę, a oni dobrze się pilnują” – odparł sceptycznie Guenter. „To też nie chcę, żebyście mnie prowadzili za dnia. Postarajcie się człowieku, a nagroda cię nie ominie”. „Dobrze Panie, nocą mogę was poprowadzić, skoro tak rozkażecie.”

O świcie znaczne siły brandenburskie dowodzone przez eleganckiego mężczyznę znalazły się u podnóża Galgenbergu. Wcześniej Guenter prowadził żołnierzy sobie tylko znanymi ścieżkami przez długie nocne godziny. Brandenburczycy ruszyli do gwałtownego ataku, zupełnie zaskakując zaspanych Szwedów. Obrońcy poszli w rozsypkę, panicznie uciekając przed pościgiem.

Uradowany zwycięstwem elegancki mężczyzna kazał żołnierzom przyprowadzić przed swe oblicze Guentera. Dopiero teraz biedny chłop dowiedział się, że pomógł samemu wielkiemu kurfirstowi, miłościwemu władcy Brandenburgii i Prus. Fryderyk Wilhelm docenił zasługi przewodnika i podarował mu taką ilość ziemi, jaką Guenter mógł obejść pieszo w ciągu jednego dnia. Na swej ziemi chłop założył później wieś, która na cześć swego założyciela nazwana została Guentershagen 

 


Bitwa Brandenburczyków ze Szwedami. Obraz Dismara Degena

 

Oczywiście musimy przyjąć tę legendę z przymrużeniem oka. Wieś Lubieszewo nie powstała w XVII w. lecz znacznie wcześniej. Już w pierwszej połowie XIV w. wymieniana była wśród posiadłości panów de Gruthow (tak określano pierwotnie von Guentersbergów), a w 1364 r. dokumenty mówią o „umocnionym zamku” w Guentershagen, należącym do rycerskiego rodu von Guentersberg. To właśnie ta rodzina użyczyła nazwy tej miejscowości. Wyjaśnienie pochodzenia nazwy wsi oraz interesujące wzmianki o jej najstarszej historii znajdziemy w książce G. J. Brzustowicza "Rycerze i młyn szlifierski" (str. 34):

"Lubieszewo (Gunershagen) w 1337 roku wspomniane jako opuszczone. Ciekawe, że w Landbuchu z 1337 roku i w granicach dóbr panów de Gruthow, wspomniano po raz drugi wieś Lubieszewo Gnefershagen. W 1349 roku Guntirshagen obejmowało 105 łanów, nie licząc lenna kościelnego, ale 28 łanów było pustych. [...] Nazwa wskazuje na założenie wsi przez jakiegoś Guentera, najprawdopodobniej z rodu von Guentersberg, w którym to imię występowało często. Wzmianki z 1347 roku i 1572 roku potwierdzają wieś w posiadaniu rodu von Guentersberg. Wieś została zniszczona przez Polaków podczas najazdów w latach 1435 i 1436. W 1440 roku Ekhard von Guentersberg z kalisza pisał list do wielkiego mistrza w Guntershagen. Lenno von Guentersbergów w tej wsi mamy potwierdzone zapisami z 1572 i 1588 roku"

 

Czas wracać na drogę i czarny szlak. Na dużym rozwidleniu dróg skręciłem w prawo w stronę Stawna, natomiast szlak turystyczny prowadzi w lewo w kierunku góry Lisica.

 

Typowy widok na trasie między Lubieszewem i Stawnem: piękny głaz narzutowy, a na drugim planie bajorko otoczone młodymi świerkami.

 

  

Droga, którą wybrałem, biegnie wśród pól. Teren jest mocno pofałdowany i dodatkowo urozmaicony oczkami wodnymi i kępami drzew. Spotkałem również ruiny dawnych zabudowań.

 

Przepiękne oczko wodne wśród pół. Kiedy tu dotarłem, znad brzegów stawu zerwało się z wesołym pokrzykiwaniem stado czajek…

 


… a za chwilę dostrzegłem stadko saren.

 

 

W końcu wychodzę na malowniczą, wysadzaną drzewami drogę Linowo – Stawno. Po prawej stronie drogi widok na wąwóz strumienia Kamienny, a po lewej na jezioro Stawno, za którym znajdują się rozległe rozlewiska i rezerwat dzikiego ptactwa. Właśnie z tego miejsca leci w moim kierunku pokaźnie stado żurawi wydając z siebie klangor. Ilekroć słyszę ten dźwięk jestem oczarowany, to dobry monet na opowiedzenie legendy związanego z tą drogą.

Skradziony dzwon[iii]

Przy drodze między Linonem a Stawnem znajduje się bagno, w którym zatopinu został przed wielu laty ogromny dzwon. Jego bicie może usłyszeć tylko osoba, która urodziła się w noc sylwestrową między 23.00 a 24.00. Takie osoby potrafią też dostrzec kształty zatopionego dzwonu. Przed wieloma wiekami dzwon transportowali po drodze do Linowa żołnierze wrogiej armii, którzy obawiając się pościgu wrzucili dzwon do bagna które odtąd nazywane jest Bagnem Dzwonu.

 

Dziś nie sposób powiedzieć, o które bagno chodziło. Legendę opowiadali dawni mieszkańcy Stawna.

 

  

Dotarłem do mostu w Stawnie (po prawej), przed mostem skręcam ostro w prawo w drogę prowadzącą wzdłuż strumienia Kamienny. Tędy dojdę do ruin starego młyna.

 

Strumień wyżłobił w ziemi imponujący wąwóz

 

 

Stary kamienny mostek na strumieniem.

 

  

Wreszcie docieram do wspaniałego miejsca, gdzie kiedyś pracował stawieński młyn. Po lewej strumień Kamienny, po prawej wciąż imponujące ruiny młyna.


Główny nurt strumienia płynie z lewej strony. Na zdjęciu widać skromną odnogę, przez którą puszczano niegdyś spiętrzoną wodę strumienia dla napędzania koła młyńskiego. 

Na tym zakończyłem pierwszy dzień majówkowych wędrówek.

 



[i] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s.17-18

[ii] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s.

[iii] O. Knoop, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 35