Mapka przedstawiająca omawiane w tym rozdziale obiekty. Kropkowana linia przedstawia proponowaną trasę
Siemczyno, Rzepowo, Piaseczno, Kaleńsko i Głęboczek leżały przez kilkaset lat na terenie obszaru granicznego i wchodziły w skład tzw. domeny rodziny von der Goltz. Była to odrębna jednostka administracyjna państwa polskiego sąsiadująca od zachodu z Margrabstwem Brandenburskim, a od wschodu i północy ze Starostwem Drahimskim. Władzę w imieniu króla polskiego sprawował właściciel tych wielkich posiadłości ziemskich, czyli rodzina von der Goltz. Ich siedzibą było najpierw Rzepowo, a od XVI wieku - Siemczyno, gdzie rozpoczniemy wyprawę opisaną w tym rozdziale. Łatwo tu dotrzeć rowerem, jadąc szosą ze Złocieńca lub Czaplinka. W obu przypadkach to zaledwie 8 kilometrów.
W Siemczynie zatrzymamy się przez chwilę, bo wiele tutaj do opowiedzenia i obejrzenia. Duża wieś pięknie położona wśród licznych pagórków, lasów i jezior. Jej historia była zupełnie odmienna od dziejów sąsiedniego Złocieńca, gdyż aż do pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. leżała ona w granicach Rzeczpospolitej. Bardzo podoba mi się również historyczna, spolszczona nazwa tej miejscowości: Endrzejowa Wieś (od niem. Heinrichsdorf) używana przez polskich lustratorów w XVI w. Dlatego pozwolę sobie używać tej nazwy od czasu do czasu.
Legenda o założycielu Endrzejowej Wsi
Historyczna nazwa tej miejscowości to Heinrichdorf (Hennerstorp, Henrichstorff, Heinriksztope). Przeglądając różne materiały w izbie muzealnej w Czaplinku, znalazłem opowieść o założycielu wsi niemieckim rycerzu Heinrichu (Henryku), który przybył na te ziemie wraz z rycerskim zakonem Templariuszy.
W 1286 roku rycerze zakonni otrzymali przywilej od księcia wielkopolskiego Przemysła II. Zbudowali, nieistniejący już, zamek w Czaplinku – Tempelburg i do 1312 r. gospodarzyli na tych terenach. Wzmiankę o Henryku zaliczyłem do legend, gdyż żadne źródło nie potwierdza tego faktu. Trzeba jednak przyznać, że przekaz jest dobrze osadzony w wydarzeniach historycznych, co czyni z niego dość prawdopodobną hipotezę. Bardzo możliwe, że w historycznej nazwie wsi zachowało się imię jej założyciela lub pierwszego wójta. Mógł on również należeć do stanu rycerskiego. Pierwszy dokument, w którym wspomniano Siemczyno, został wystawiony już w 1292 r. i dotyczył sprzedaży części wsi rodzinie von der Goltz przez rodzinę von Besskow. Ten dokument nie zachował się do naszych czasów, ale wiemy, że jeszcze w XVII w. był przedkładany przez Goltzów jako dowód na licznych rozprawach sądowych. Dowiadujemy się z niego, że wieś istniała już wtedy, kiedy w Czaplinku rezydowali templariusze, a więc Heinrich (Henryk) rzeczywiście żył w czasach, gdy jeszcze ten zakon miał w posiadaniu te ziemie. Wiemy też, że przynajmniej część wsi, należała do rycerskiej rodziny von Besskow. Być może bohater legendy był członkiem tego rodu. Z późniejszych dokumentów dowiadujemy się również, że część wsi należała bezpośrednio do joannitów, którzy odziedziczyli swoje dobra po templariuszach. Ten fakt pozwala sformułować kolejną hipotezę. Być może zakonna część była najstarsza i właśnie ją założył Heinrich. W takim przypadku można by przyjąć, że Henryk był templariuszem. Ponieważ z tego okresu nie zachowały się praktyczne żadne materiały źródłowe, musimy pozostać w sferze przypuszczeń. Później, kiedy Władysław Jagiełło przepędzi z Drahimia probrandenburskich joannitów, zakonna część wsi stanie się częścią starościńską i będzie stanowić swego rodzaju administracyjną wyspę w posiadłościach Goltzów.
W 1945 r. przetłumaczono nazwę wsi na Henrykowo, co było chyba dobrym pomysłem, gdyż w ten sposób zachowano informację o Heinrichu, czyli po polsku Henryku. W 1947 r. zupełnie niepotrzebnie wieś przemianowano na Siemczyno, a przecież były do dyspozycji stare spolszczone nazwy tej miejscowości. Otóż w dokumencie lustracji województw wielkopolskich i kujawskich, dokonanej w latach 1564-65 użyto nazwy: „Henrichstorff, czyli Andrichowa Wieś”, a nieco dalej „Endrzejowa Wieś”.
Pozostaje pytanie skąd zaczerpnięto nazwę Siemczyno. Wiarygodne wyjaśnienie sformułował Kamil Połeć, który twierdzi, że tę nazwę zapożyczono od niewielkiego jeziorka Zemzin (czyt. Cemcyn, dziś Siemięcin) leżącego na południowy wschód od miejscowości Pławno. W pobliżu tego jeziora znajdowała się niewielka osada o niemieckiej nazwie Neue Welt (Nowy Świat), która w 1945 r. nazywana była właśnie Siemczynem od niemieckiego Zemzina. Dwa lata później nazwę tę przeniesiono na Henrykowo.
Jak już wspomnieliśmy w 1292 r. rodzina Goltzów zakupiła pół wsi od poprzednich właścicieli o nazwisku Besskow. W 1513 r. Goltzowie odkupili od Besskowów kolejny kawałek Siemczyna, pozostała część wsi należała wtedy do Starostwa Drahimskiego (lustracje z przełomu XVI i XVII w.), które przejęło ją od joannitów w 1407 r. Do świadczeń na rzecz zamku drahimskiego zobowiązanych było wtedy tylko dziewięciu chłopów z Siemczyna. W części należącej do starostwa była też karczma, której właściciel zamiast, świadczeń materialnych, miał w razie potrzeby stawiać się z muszkietem pod zamkiem Drahim do dyspozycji starosty[i].
Prywatna część Siemczyna wraz z Rzepowem, Piasecznem, Warniłęgiem i Broczynem wchodziła w skład domeny rodziny Goltzów, która czternastowiecznym przywilejem nadanym przez króla polskiego wyjęta była spod zwierzchności starostwa drahimskiego. W XVI w. toczyły się tu małe wojny, w których Goltzowie z powodzeniem bronili swoich posiadłości przed zakusami starostów drahimskich i rodziny Borków ze Złocieńca.
Jak już wspomniałem, początkowo główna siedziba Goltzów znajdowała się w Rzepowie i dopiero po śmierci Heinricha von der Goltz w 1554 r. przeniesiono ją do Siemczyna. Przez długi czas dom właścicieli domeny był bardzo skromny, dopiero około 1640 r. wybudowano solidniejszy, murowany dwór.
Do ciekawej mozaiki granicznej doszło w 1668 r. kiedy wielki kurfirst (to tradycyjny tytuł władców Marchii Brandenburskiej, który będę stosował zamiennie z tytułem elektora brandenburskiego) Brandenburgii zajął siłą starostwo drahimskie jako należny mu zastaw za niespłacony przez króla polskiego dług. Po tym zdarzeniu domena Goltzów z Siemczynem należała w dalszym ciągu do Polski i tak było przez ponad 100 lat do pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. Wspominana już wyżej część wsi, która należała kiedyś do templariuszy, joannitów, a później do starostwa drahimskiego, została włączona do Brandenburgii. Tak więc przez ponad 100 lat przez Siemczyno biegła granica państwowa[ii]. Po 1668 r. starościńska część wsi stanowiła brandenburką wyspę w polskiej domenie Goltzów, która była z kolei polską wyspą otoczoną terytorium brandenburskim. Uff, jakże prościej przebiegają dzisiejsze granice.
Na początku XVIII wieku skromna siedziba Goltzów w Siemczynie okazała się zbyt ciasna dla licznych domowników. Georg Wilhelm von der Goltz i jego żona Ilse Marie mieli aż czternaścioro dzieci. Ich najmłodszy syn Henning Berndt, późniejszy spadkobierca, miał aż dwanaścioro pociech, które wychowywały się w siemczyńskim dworze[iii]. Ciasnota była nie do zniesienia i to właśnie Hennig Berndt zdecydował się na budowę nowej okazałej siedziby, ale zanim to nastąpiło na wieś spadło straszliwe nieszczęście…
Legenda o wybawieniu połowy wsi od „czarnej śmierci” (32)
Na początku XVIII w. wybuchła Wielka Wojna Północna. Przez Heinrichsdorf przechodziły obce wojska plądrując i pustosząc okolice. Byli tu wtedy Szwedzi, Sasi, Polacy i Rosjanie. Jakby nieszczęść było mało, w 1709 r. cofająca się armia szwedzka przywlokła do wsi czarną śmierć, czyli dżumę. Przerażone władze pobliskiego Złocieńca wystawiły wtedy na drogach prowadzących do miasta liczne pakiety, które zatrzymywały podejrzane osoby. W ten sposób w Złocieńcu nikt nie padł ofiarą strasznej zarazy. Niestety, zupełnie inaczej było w Siemczynie, gdzie „czarna śmierć” zbierała wielkie żniwo.
W obawie przed śmiertelną chorobą Henning Berndt von der Goltz uciekł w głębokie lasy do folwarku Kaleńsko. Według Paula von Niessena niemieckiego historyka Henning Berndt obawiając się o swe życie z przybywającymi do folwarku ludźmi rozmawiał tylko przez zmyślnie skonstruowaną rurę. Jego zachowanie było zrozumiałe, gdyż w wyniku zarazy w Siemczynie zmarła połowa mieszkańców wsi[iv].

Rycina przedstawiająca umierających na czarną śmierć
To mało bohaterskie, aczkolwiek rozsądne, zachowanie Henniga Berndta zostało nieco podreperowane przez następne pokolenia siemczyńskiej familii. W monografii rodziny Goltzów „Die Nachrichten ueber die Familie der Grafen und Freiherrn von der Goltz” („Wiadomości o rodzinie grafów i baronów von der Goltz”) baron Fryderyk von der Goltz zdecydował się podreperować co nieco wizerunek swojego przodka:
„Kiedy w 1712 lub 1713 r. panowała w Heinrichsdorfie zaraza Henning Berndt uciekł (tak to się nazywa) do folwarku Kaleńskiego. Każdego dnia udawał się jednak na górę leżącą między Kaleńskiem i Heinrichsdorfem i przez rurę do mówienia kazał sobie zdawać sprawozdanie o ilości zmarłych. Kiedy zmarłych było coraz więcej padł na kolana i zaczął błagać Pana, żeby zostawił przy życiu chociaż połowę poddanych. Tak też się stało. Kiedy zmarła połowa mieszkańców wsi, działanie choroby ustało. Nikt więcej nie umarł. Dla upamiętnienia tego zdarzenia Henning Berndt ufundował obraz wiszący w kościele”[v].
I w taki sposób rodzinna legenda zamieniła przestraszonego właściciela wsi w wybawcę połowy jej mieszkańców. Wizerunek Henninga Berndta został więc uratowany.
Na pierwszym planie wspomnianego obrazu przedstawiono umierającego na krzyżu Chrystusa, a po jego lewej stronie modlącego się Henniga Berndta. Na drugim planie widać wzgórze, prawdopodobnie to, na które codziennie udawał się Hennig. Z tyłu po lewej stronie dostrzec możemy pałacowe zabudowania. Łaciński napis na obrazie brzmi: „Upadł wielki grzesznik do stóp Jezusa, został oczyszczony ze swych grzechów, osiągnął ponownie łaskę”.
Pamiątką po tym zdarzeniu jest nazwa jednego ze wzgórz w okolicach Siemczyna: Góra Zarazy (Pestberg). Nazwa ta popadła dziś w zapomnienie i trudno ustalić o które wzgórze chodziło.
Rzeczywistą zasługą Henniga Berndta von der Goltz była odbudowa domeny po zniszczeniach wojennych. Założył między innymi nową gorzelnię, ale przede wszystkim w latach 1722-1728 wybudował wielki pałac, który możemy podziwiać do dziś. Hennig Berndt cieszył się wspaniałą siedzibą zaledwie kilka lat, gdyż zmarł w 1732 r. Wychował wielu wspaniałych synów, którzy wyrośli na wybitnych pruskich generałów. Najwybitniejszy Georg Conrad był prawą ręką pruskiego króla Fryderyka Wielkiego.
Wybudowany przez Henniga Berndta pałac należy do perełek architektury na całym Pojezierzu Drawskim. Dziś jest opustoszały, lecz obecny właściciel udostępnił go do zwiedzania. W sezonie pałac można obejrzeć nawet w towarzystwie przewodnika. Jego centralna, dwupiętrowa i najstarsza część przykryta jest okazałym mansardowym dachem, opartym na dobrze zachowanej więźbie krokwiowej. Trójkątny tympanon nie dźwiga już herbu Goltzów. Od strony parku boczne części budynku są wyraźnie wysunięte do przodu otaczając obszerny taras. W końcu XVIII wieku rodzina von Arnim odkupiła posiadłość od Goltzów i dobudowała boczne skrzydła tego pałacu. Starannie zaprojektowane piwnice mają sklepienia krzyżowe. Wokół budowli rozciąga się osiemnastowieczny park z piękną aleją grabową. Usypano tam sztuczne wzgórze z punktem widokowym. Ponieważ posadzono na nim kwitnące przez cały rok rośliny, nazwano je Górką Kwietną. Pałac jest dziś prawie całkowicie pozbawiony wyposażenia, można znaleźć tam zaledwie kilka interesujących detali, jednak usytuowanie budowli w pięknym, choć zaniedbanym parku oraz poddane gruntowej renowacji budynki gospodarcze czynią obiekt niezwykle interesującym.
Widok na pałac w Siemczynie od strony parku – XIX w.
Siemczyńska biała dama (33)
Od wielu lat polscy mieszkańcy Siemczyna opowiadają o duchu kobiety, który straszy w pałacu. Kiedy mieściła się tutaj szkoła podstawowa, uczniowie słyszeli, jak duch wprawiał w gwałtowne drżenie różne sprzęty i naczynia. Biała dama dała się szczególnie we znaki pewnemu mężczyźnie, który mieszkał w pałacowych pomieszczeniach i pracował jako konserwator. Podczas wykonywania jednej z prac, zdenerwowany jakimś niepowodzeniem, zaklął szpetnie i obdarzył siemczyński pałac imieniem przeklętej rudery. Od tej pory każdej nocy widmo kobiety nawiedzało mężczyznę i usiłowało go udusić. Nieborak w żaden sposób nie mógł się uwolnić od tego powtarzającego się koszmaru. Zrozpaczony mężczyzna wypożyczał na noc kasety wideo, żeby nie zasnąć. Wszystko na nic. W końcu zdecydował się opuścić pałac.

Zdjęcie pałacu z 1945 r. Udostępnił K. Połeć
Postać kobiety widywana jest do dzisiaj. Niekiedy dyskretnie wygląda z okna na strychu, a komuś nawet udało się podobno zrobić jej zdjęcie. Według pałacowych przewodników, w miejscu, w którym stoi kobieta, nie sposób zrobić udanego zdjęcia aparatem fotograficznym. Mnie się udało, ale zaraz po tym nastawy w aparacie uległy przestawieniu i dlatego zepsułem kilka następnych fotografii, które robiłem w pałacowym parku. Może to złośliwość siemczyńskiej zjawy?
Udajemy się teraz do siemczyńskiego kościoła, który znajduje się w pobliżu skrzyżowania szosy Złocieniec - Czaplinek z wąską drogą asfaltową prowadzącą do wsi Głęboczek. Neogotycki kościół został wybudowany w latach 1854-1856 przez ówczesnych właścicieli majątku ziemskiego rodzinę von Armin. Pamiątką po patronach świątyni są stare organy, które można obejrzeć wchodząc na chór. Są dziś mocno zniszczone, wiele piszczałek jest powyłamywanych, ale mimo to stanowią jeden z ciekawszych elementów wystroju tej wiejskiej świątyni. Na organach widnieje piękny, stylizowany napis w języku niemieckim: „Te organy podarował tajny radca rzeczywisty Henryk Fryderyk Graf von Arnim, najstarszy brat patrona siemczyńskiego kościoła. 1856”. Instytucja patronatu polegała na opiece nad kościołem oraz obowiązku współfinansowania niektórych jego przedsięwzięć. Patroni cieszyli się pewnymi przywilejami, min. posiadali stałe honorowe miejsca podczas nabożeństw, możliwość grzebania członków rodziny w kościelnej krypcie. Funkcję patrona wiejskich kościołów sprawowała najczęściej rodzina szlachecka z najbliższego majątku ziemskiego. Patronami w Siemczynie byli więc Goltzowie, a po nich Arnimowie.
Najciekawszą część kościoła stanowi boczna kaplica, która powstała znacznie wcześniej niż obecna główna bryła świątyni, bo około 1699 r. w czasach Goltzów. Wtedy stał tutaj starszy kościółek wzniesiony już w 1560 r. W krypcie tej barokowej kaplicy pochowane są szczątki rodziny Goltzów. Dziś nie można wejść do grobowca, gdyż został zamurowany. Niegdyś wspaniały wystrój wewnętrzny kaplicy jest dziś dość skromny. Uwagę zwraca biały gipsowy ornament, gdzie dostrzec można herby dawnych patronów kościółka - Goltzów.
Legenda o tajemnym przejściu (34)
Pani Alina Korolewicz w książeczce poświęconej historii wsi „Pałac w Siemczynie Legenda i historia” opisała bardzo piękną legendę związaną z kaplicą, pałacem i rodziną von der Goltz. W rozmowie ze mną autorka stwierdziła, że swoją piękną opowieść oparła na starych legendach, krążących we wsi lub opisanych w starszych publikacjach. Na przykład bardzo popularna wśród mieszkańców okolic jest legenda o tunelu, o czym mogłem się wielokrotnie przekonać. Oddajmy głos Alinie Korolewicz:
„Kapliczka, którą możny pan Wilhelm Goltz z rodziną często osobiście odwiedzał była misterna jak rodowy klejnot, z zewnątrz skromna, z wysoko umieszczonymi witrażowymi oknami i wąskimi drzwiczkami. W środku zaś prawdziwe cacko – bajecznie kolorowe ściany, złote gwiazdki na granatowym jak noc suficie, mnóstwo rzeźbionych, świętych figurek, kwiatów i rodowych ornamentów. Do tego niezwykłego pomieszczenia, przez maleńkie, umieszczone w zakrystii drzwiczki, pozwolono wchodzić tylko jednej osóbce, kilkunastoletniej córce organisty. Miała kapliczkę sprzątać i dekorować co niedziela świeżymi kwiatami, a przed mszą zapalać świece. Aby je pogasić, dziewczyna mogła wrócić dopiero po zachodzie słońca”[vi].
Ten kategoryczny zakaz wcześniejszego wchodzenia do kaplicy, trochę dziwił dziewczynę, ale wolała nie ryzykować zadawania zbędnych pytań. Alina Korolewicz opowiada dalej:
„Pewnego razu jednak, gdy już rozpoczęło się niedzielne nabożeństwo, dziewczyna przypomniała sobie, że nie zapaliła świec. - Co robić? Co robić? – myślała przerażona. Ksiądz zaraz wychodzi do ołtarza, ojciec zaczyna już grać pieśń na wyjście, państwo jak zwykle w pierwszym rzędzie klęczą, zapatrzeni w święte obrazy, kościół pełen ludzi… Może by się przemknąć i zapalić te nieszczęsne świece? Ale czy zdąży? Jest ich tak wiele… Cichutko otworzyła drzwiczki i … prawie krzyknęła z wrażenia. Przed ołtarzem obok rozmodlonych państwa Goltzów, na pięknym, obijanym aksamitem foteliku, siedział złotowłosy chłopiec! Wpatrzony w promienie słońca, barwione witrażowymi płytkami, nie od razu ją zauważył. Był taki spokojny, miał niesamowitą, jasną twarz… Tylko dlaczego się nie ruszał? Od stóp aż po ramiona okryty był tkanym złotą nitką pledem, wyglądał jak figurka odpoczywającego po locie anioła. Ta jego jasna, promienna twarz… Dziewczyna, chcąc sprawdzić, czy jej się to nie śni, dotknęła delikatnie złotych włosów chłopca. Ten ocknął się, uśmiechnął i zapytał po prostu: - Kim jesteś?”[vii].
Dzieci zaprzyjaźniły się ze sobą i odtąd oczekiwały niecierpliwie na te niedzielne spotkania. Chłopiec miał niewładne nogi i ręce. Rodzice nie chcieli go narażać na kpiny ze strony złych i podłych ludzi. W tamtych czasach ludzie byli mało tolerancyjni i ułomność nie zawsze wywoływała tylko współczucie. Goltzowie zbudowali dla chłopca podziemne przejście prowadzące z pałacu do pięknej kaplicy, żeby dziecko mogło modlić się w ich towarzystwie, unikając jednocześnie złych spojrzeń. Przyjaźń syna z sympatyczną córką organisty nie przeszkadzała szlachetnym i mądrym rodzicom, zwłaszcza, że chłopiec nie mógł się doczekać kolejnych spotkań ze swą nową przyjaciółką.
Mijały lata. W jeden z ponurych, jesiennych dni mały Fryderyk poczuł się bardzo źle. Po kilku pełnych cierpienia dniach i nocach chłopiec zmarł. W niedzielę ja zwykle córka organisty przyszła do kaplicy, żeby spotkać się z przyjacielem. Przeżyła jednak wielkie rozczarowanie. Byli tam tylko ubrani na czarno rodzice chłopca. Z ich twarzy biła nieopisana rozpacz i zwątpienie. Dziewczynka zrozumiała co się stało i łzy gęstą strugą popłynęły z jej oczu. Nagle spostrzegła gołębia, który usiadł na parapecie uchylonego, podłużnego okienka. Dziwny jakiś ten gołąb, tak natarczywie jej się przygląda, przechylając główkę i gruchając zachęcająco. W jego srebrzystym upierzeniu pobłyskiwały wyraźnie pojedyncze złote piórka. Nikt w Siemczynie nie widział dotąd tak upierzonego gołębia ale córka organisty wiedziała już dlaczego taki cudak pojawił się właśnie tej niedzieli w siemczyńskiej kaplicy. Przez jej strapioną twarz przebiegła drobna iskierka radości.
Po wielu latach zmarła również córka organisty. Ludzie w Siemczynie opowiadają, że po jej śmierci każdej niedzieli słychać w kaplicy gruchanie pary gołębi. Ktoś zaklinał się, że je widział, jak wlatywały do podziemnej krypty, gdzie miało się znajdować tajemne przejście do pałacu[viii].
Dziś we wsi nadał żywa jest legenda o tym tajemniczym tunelu. Wielu mieszkańców jest głęboko przekonanych o jego istnieniu. Są i tacy, którzy twierdzą, że wchodzili do tajemnego przejścia. Z pewnością legendę podtrzymuje faktycznie istniejący podziemny kanał, który prowadzi z pałacu do parku. Miał on pewnie jakieś praktyczne znaczenie i z pewnością nie prowadzi do kaplicy, lecz w przeciwnym kierunku.
Inna opowieść głosi, że znajdujące się w piwnicy wejście do tunelu zostało zamurowane w latach siedemdziesiątych, kiedy w pałacu mieściła się szkoła podstawowa. Od tego czasu z głębi zamurowanego tunelu dobiegać zaczęły niesamowite i złowrogie odgłosy. Ponoć dopiero, kiedy szkolna woźna namalowała znak krzyża na murze, hałasy ustały. Zamurowane wejście do tajemnego przejścia możemy zobaczyć zwiedzając pałac.

Podziemny kanał w pałacowym parku. Fot. K. Połeć
Podobno w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Dlaczego nie odszukać tych kilku ziarenek? Mamy dość wyraźne wskazówki. Właściciel pałacu nazywał się Wilhelm, a jego zmarły synek Fryderyk. Czy takie osoby mieszkały w Siemczyńskim pałacu rzeczywiście? Okazuje się, że tak…
W drugiej połowie XVII panem siemczyńskiej domeny był Georg Wilhelm von der Goltz (1635-1687), którego małżonką była Elżbieta Maria (1643-1698). Byli to rodzice Henniga Berndta, który wybudował wspaniały pałac. Wśród licznych dzieci Georga Wilhelma i Elżbiety Marii był Hennig Fryderyk. Zmarł on w dzieciństwie, jednak brak informacji dotyczących okoliczności jego śmierci, nie wiadomo nawet, kiedy się urodził i ile lat żył. Śmierć dziecka jest zawsze olbrzymim wstrząsem dla najbliższych i nie tylko. Bardzo możliwe, że ta prawdziwa tragedia poruszyła też mieszkańców Siemczyna i dała początek legendzie. Dodajmy jeszcze, że osoby należące do stanu szlacheckiego miały z reguły wiele imion, używając jednego z nich. W czasach Georga Wilhelma nie było jednak ani dzisiejszego pałacu, ani też barokowej kapliczki. Obie budowle powstały później, ale legendy rządzą się swoimi prawami.
Wspomnieć warto również, że blisko sto lat później 22 maja 1767 r. w Siemczynie znowu zmarło dziecko o imieniu Fryderyk. Był to trzyletni syn Joachima Kazimierza i Róży Fryderyki von der Goltz – Karol Fryderyk Kazimierz. Zaledwie trzy tygodnie po śmierci dziecka zmarł też ojciec Joachim Kazimierz. Tym razem nie zgadza się tylko imię ojca. Swoje krótkie życie Karol Fryderyk Kazimierz spędził w Siemczynie w pięknym barokowym pałacu. Stała tam również wybudowana w 1699 r. kaplica.
Inną bardzo interesującą siemczyńską legendę - relację przesłał mi pan Kamil Połeć z Siemczyna, który z kolei znalazł tę opowieść na stronie internetowej majageneracja.pl w wypowiedzi anonimowego użytkownika MoniD. Zainteresowałem się tą powojenną legendą, gdyż ma ona w sobie motywy bardzo charakterystyczne dla starszych przypowieści. Należą do nich epizody wciągania w bagno przez zjawę i przede wszystkim stosowanie księgi zaklęć. Źródłem legendy miałoby być prawdziwe zdarzenie, które spotkało jednego ze starszych mieszkańców wsi.

Neogotycki kościółek w Siemczynie, z barokową kaplicą rodziny Goltzów.
Spotkanie ze starym znajomym (35)
W latach sześćdziesiątych mieszkał we wsi chłop, który z namiętnością oddawał się czytaniu tak zwanej "czarnej księgi", zawierającej tajemną wiedzę o zaklęciach, duchach i czarach. Można było znaleźć tam wiele wywodów dotyczących diabła i jego wielkiej mocy. Na zwyczaj ten niechętnie patrzyli znajomi, nie pochwalając tego rodzaju lektury i zainteresowań.
Pewnego zimowego wieczoru mężczyzna udał się do wiejskiego sklepiku, gdzie dość szybko zaopatrzył się w najniezbędniejsze produkty. Ruszył dziarsko w kierunku swojej chaty. Czuł już zapach świeżej kawy i z zadowoleniem myślał o przyjemnej wieczornej lekturze tajemnej księgi. Po drodze spotkał jednak starego znajomego, którego nie widział od trzydziestu lat. Znał go w czasach, kiedy mieszkał jeszcze w swoich rodzinnych stronach we wschodniej Polsce. „Skąd się tu wziąłeś? Przyjechałeś do mnie? Chodź do mojej chałupy, pogadamy o starych czasach.” – zapraszał zaskoczony nieoczekiwanym spotkaniem mieszkaniec Siemczyna. „Niestety, nie mogę pójść z tobą. Mam bardzo niewiele czasu, muszę wkrótce wracać.” – odrzekł spokojnie znajomy. ”Jak to wracać? Teraz po nocy, w taką zimnicę?”. Znajomy nie odpowiedział, lecz zamiast tego zaproponował spacer po siemczyńskim parku: „Przejdziemy się i pogadamy sobie”. Mężczyzna nie chciał urazić znajomego, więc przystał na propozycję, choć wydawała mu się dość dziwaczna. Rozmowa potoczyła się wartko. Wspominali radosne szkolne lata w dalekiej kresowej ojczyźnie. Znajomy nagabywany o swoją obecną sytuację, zawsze zgrabnie zmieniał temat.
W pewnym momencie chłop z Siemczyna usłyszał złowrogie krakanie nisko przelatującego kruka. Spojrzał odruchowo w tym kierunku, nie zobaczył jednak ptasiej sylwetki. Kiedy natomiast odwrócił się ku przyjacielowi, ze grozą stwierdził, że nikogo przy nim nie ma. Co więcej spostrzegł, że stoi na środku zamarzniętego jeziora. Lód był jeszcze cienki i skrzypiał złowrogo pod stopami, a do brzegu było dość daleko. Położył się ostrożnie na kruchej tafli, żeby zmniejszyć nacisk. W tej samej chwili znowu usłyszał kruka i przerażający trzask pękającego lodu. Rozpoczęła się walka o życie. Mężczyzna szamotał się i czuł, że powoli opuszczają go siły. W ostatniej chwili zdołał jednak wygramolić się z przerębli.
Mokry i zmarznięty dotarł do domu. Zastanawiał się, jaki los spotkał dawnego znajomego. Wszystko to jakieś dziwne i zagadkowe. Nagle nowa myśl spowodowała, że ciarki przebiegły mu po plecach. Dopiero teraz przypomniał sobie, że przecież rozmawiał już o dawnym znajomymi z przyjaciółmi z Czaplinka, którzy też przyjechali w te strony z rodzinnych Kresów. Przecież oni opowiadali o gwałtownej śmierci tego mężczyzny podczas II wojny światowej. O pomyłce nie mogło być mowy, gdyż byli bezpośrednimi świadkami tego zdarzenia. „To wszystko przez tę przeklętą księgę!” – pomyślał chłop i wrzucił książkę natychmiast w ogień. Miał wrażenie jakby podczas palenia z pieca dobiegało słabnące krakanie kruka. „Nie wezmę więcej do ręki podobnego plugastwa.”- obiecał sobie - „Przecież to nie był mój kolega, lecz sam czort, który próbował wywieść mnie na manowce.” Od tej pory mężczyzna był widywany każdej niedzieli w kościele, gdzie żarliwie się modlił i głośno śpiewał religijne pieśni.
Tę historię potwierdzała jedna z sąsiadek, która widziała mężczyznę feralnego dnia, spacerującego po parku. Szedł w stronę jeziora i głośno przemawiał do samego siebie.
Pora udać się w dalszą drogę. Ale przedtem zwróćmy jeszcze uwagę na stojącą przed siemczyńską świątynią figurę Matki Boskiej, umieszczoną na cokole przedwojennego pomnika żołnierzy poległych w I wojnie światowej. Na górnej części postumentu można zauważyć nawet wojskowy symbol - krzyż maltański.
Wąska szosa prowadząca z Siemczyna do Głęboczka to wymarzona trasa dla rowerzystów. Piękno otaczającej nas przyrody wprawia w zadumę. Teren jest mocno pofałdowany, najpierw otoczą nas przepiękne łąki, potem czarowny las, a między drzewami prześwitywać będą wody jeziorek, często niewielkich i bezimiennych. Na łąkach w obniżeniach terenu powstało wiele małych zbiorników wodnych, na których gromadzi się ptactwo. Podczas słonecznej pogody błękit nieba pięknie odbija się w lustrze wody, wspaniale kontrastując z bujną zielenią.
Kilkaset metrów za ostatnimi zabudowaniami Siemczyna dochodzimy do skrzyżowania szosy z drogą gruntową. Wokół widzimy kilka wzgórz noszących wspólną nazwę Gór Szubienicznych (Galgenberge). Na podstawie królewskiego przywileju Goltzowie, sprawowali władzę sądowniczą na terenie swojej domeny. Bardzo prawdopodobne, że właśnie na tych wzgórzach znajdowało się miejsce wymierzania sprawiedliwości złoczyńcom. Warto zwrócić uwagę na starą drogę gruntową, prowadzącą w lewo na zachód, w kierunku Złocieńca. Szosę biegnącą na południe od jeziora Wilczkowo wybudowano dopiero w połowie XIX wieku, wcześniej z Rzeczypospolitej do Margrabstwa prowadził stary średniowieczny trakt, który biegł między jeziorami Krosino i Wilczkowo. Ten stary trakt to właśnie leżąca przed nami droga gruntowa.
21 lipca 1655 r. siedemnastotysięczna armia szwedzka dowodzona przez feldmarszałka Arvida Wittenberga wkroczyła na ziemie Rzeczypospolitej. Zaczęła się wielka wojna, którą w Polsce zwać będą potopem szwedzkim. W którym miejscu Szwedzi przekroczyli granicę? Ano właśnie tutaj, pod Heinrichsdorfem (Siemczynem). Oddajmy głos Henrykowi Sienkiewiczowi, który obrazowo opisał ten przemarsz:
„Na koniec, w dniu 21 lipca, w lesie pod wsią Heinrichsdorfem ujrzały zastępy szwedzkie po raz pierwszy słup graniczny polski. Na ten widok całe wojsko uczyniło okrzyk ogromny, zagrzmiały trąby, kotły i bębny i rozwinęły się wszystkie chorągwie. Wittenberg wyjechał naprzód w asystencji świetnego sztabu, a wszystkie pułki przechodziły przed nim prezentując broń, jazda z dobytymi rapierami, działa z zapalonymi lontami. Godzina była południowa, pogoda przepyszna. Powietrze leśne pachniało żywicą.
Szara, zalana promieniami słońca droga, którą przechodziły szwedzkie chorągwie, wybiegając z heinrichsdorfskiego lasu, gubiła się na widnokręgu. Gdy idące nią wojska przeszły wreszcie las, wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk. Tu i owdzie z kęp drzew, za dąbrowami, hen! daleko podnosiły się dymy ku niebu; na potrawach widniały pasące się trzody. Tam gdzie na łąkach przeświecała woda rozlana szeroko, chodziły spokojnie bociany”[ix].
Henryk Sienkiewicz musiał chyba widzieć na własne oczy łąki pod Siemczynem, ponieważ powyższy opis jest bardzo trafny. Wielu czytelników pamięta pewnie imponującą i długą scenę z filmu „Potop” Jerzego Hoffmana, kiedy to przez wiele minut korpus Wittenberga maszeruje przez polską ziemię. Nie wiem, gdzie faktycznie kręcono te sceny, ale historycznie ten przemarsz odbył się pod Siemczynem, a Szwedzi maszerowali starym traktem przez Puszczę Polską (Polen Heide), którą Sienkiewicz błędnie nazwał „heinrichsdorfskim lasem”.
O przemarszu w pobliżu Siemczyna napisał również polski historyk Ludwig Kubala:
„Gdy posłowie polscy wracali za Szwecyi do Gdańska, feldmarszałek Wittenberg, zgromadziwszy 17 000 ludzi, przeważnie Niemców, i mając od kurfirsta pozwolenie przemarszu przez brandenburskie Pomorze, przekroczył 21. lipca z 72 działami, wśród dźwięku trąb i huku kotłów, pod Heinrichsdorfem granicę Polską i stanął obozem pod Tempelburgiem, pół mili od Drahimia”[x].
Podobno po przeczytaniu szkiców historycznych Kubali Henryk Sienkiewicz zmienił zdanie i zamiast pisać o Władysławie Warneńczyku napisał Trylogię.

Łąki i jeziorka przy szosie do Głęboczka
W miejscu, w którym się znajdujemy odbyła się też opisana przez Sienkiewicza pogawędka między feldmarszałkiem Arvidem Wittenbergiem a Polakiem, zdrajcą ojczyzny – Hieronimem Radziejowskim:
„Wittenberg zapuścił wzrok w dal, objął nim lasy, dąbrowy, łęgi i łany zbożne, i po chwili rzekł:
- Tak jest! Piękny to kraj i żyzny... Wasza miłość możesz też być pewien, że po wojnie jego królewska mość nikomu innemu wielkorządztwa tu nie powierzy.
Otyły człowiek zdjął znów kapelusz.
- I ja też nie chcę innego mieć pana - dodał wznosząc oczy ku niebu.
Niebo było jasne i pogodne, żaden piorun nie spadł i nie skruszył na proch zdrajcy, który swój kraj, jęczący już pod dwoma wojnami i wyczerpany, wydawał na tej granicy w moc nieprzyjaciela. Człowiek, bowiem rozmawiający z Wittenbergiem był to Hieronim Radziejowski, były podkanclerzy koronny, obecnie Szwedom przeciw ojczyźnie zaprzedany”.
Nieco później Wittenberg rzekł:
„[…] - Z tego, co od waszej miłości słyszę, wnioskuję, że mogę tę ziemię jako naszą uważać”.
- Możesz wasza miłość! Możesz! Możesz! - powtórzył skwapliwie po kilkakroć Radziejowski”.

Mapka przedstawiająca omawiane w tym rozdziale obiekty. Kropkowana linia przedstawia proponowaną trasę
Chyba jednak nie mógł. Wprawdzie feldmarszałek odniesie w tej kampanii cały szereg militarnych sukcesów, ale w końcu wyląduje w twierdzy Zamość jako polski jeniec i tam umrze w 1657 r. Niestety jego rozmówcy nie spadnie włos z głowy. Okazuje się, że knuć intrygi przeciw własnemu królowi nie było w ówczesnej Rzeczypospolitej czynnością niebezpieczną, skoro arcyzdrajca Radziejowski, nie tylko nie poniósł kary, ale w 1662 r. sejm wybaczył mu wszystkie winy. Odzyskał majątek zaszczyty i dawną pozycję.
Ruszamy teraz szosą na północny zachód do wsi Głęboczek. Po przebyciu 3 km po lewej stronie zobaczymy leśne jezioro Okole Wielkie, a za nim wlot drogi gruntowej i szlaku rowerowego prowadzącego na południowy zachód do Budowa i Złocieńca.
Wchodzimy do wsi Głęboczek, która nosiła dawniej nazwę Winkel (czyli Narożnik lub Kąt). Ta historyczna nazwa nawiązywała niewątpliwie do ostrego zakrętu starego koryta Drawy. Od strony Rzepowa rzeka płynie na południe, a w okolicach Głęboczka napotyka pasmo wzgórz, które niegdyś omijała, zataczając obszerny łuk, by po kilku kilometrach wpaść do jeziora Krosino. Taką trasą płynęła Drawa dawniej, dziś główny nurt tej rzeki biegnie z Głęboczka prosto na południe najkrótszą drogą do jeziora Krosino. To nowe koryto zostało jednak wykonane ręką człowieka i jest związane z powstaniem wsi i młyna.
Pierwszy raz Głęboczek został wspomniany w polskim dokumencie lustracyjnym z lat 1628-1632. Nad jeziorem Krosino powstała wtedy nowa dziedzina o nazwie Nowy Dwór, licząca 600 mórg ziemi uprawnej. Starosta drahimski odebrał ją margrabiom brandenburskim i pozostawił do wolnego użytkowania chłopom mieszkającym w królewskiej części Siemczyna. Początkowo więc Głęboczek należał do starostwa drahimskiego, szybko jednak zmienił właścicieli, gdyż teren nad Krosinem został nabyty przez Goltzów, którzy założyli tutaj folwark. Krótko po tym wybudowano tam młyn. Aby uzyskać odpowiedni spadek wody wykopano najkrótsze połączenie z jeziorem Krosino. Wody Drawy ruszyły wtedy energicznie nową drogą wprawiając w ruch koła młyńskie. Był to młyn zbożowy, a w XVIII stuleciu również papierniczy.
Starym korytem Drawy płynęło odtąd bardzo mało wody, dziś ten strumień nazywany jest Drawiskiem. Okoliczności powstania młyna i nowego koryta Drawy opisuje poniższa legenda:
Legenda o powstaniu młyna w Głęboczku (36)
Płynąc z Rzepowa do Głęboczka Drawa zbliża się na odległość zaledwie kilkuset metrów do jeziora Krosino. Tu jednak napotykała pasmo wzgórz, które opływała od zachodniej strony, znacznie oddalając się od jeziora. Rzeka płynęła najpierw na zachód potem skręcała ostro na południe i jeszcze później na wschód. Wtedy dopiero wpadała do Krosina. Jej nurt był w tych okolicach zawsze bardzo spokojny. Tak było przez setki lat, aż pewnej nocy nadeszła wielka burza i huragan. Poziom w rzece podniósł się gwałtownie, a woda bardzo się wzburzyła. Mieszkańcy Głęboczka opuścili swe chałupy, z niepokojem obserwując rzekę. Kobiety pakowały skromny dobytek w tobołki i przeczuwając nadchodzącą katastrofę, gorąco namawiały swych mężów do ucieczki. Pomimo ciemnej nocy, szalejącego wiatru i zacinającego deszczu kilka rodzin ruszyła drogą prowadzącą w kierunku Siemczyna. Najbardziej uparci chłopi zostali jednak we wsi, wpatrując się z zafascynowaniem w szalejącą rzekę. W pewnym momencie zdumieni mężczyźni zobaczyli, płynące od strony Rzepowa dziwne światła, które szybko zbliżały się do ich wsi. Z tamtej strony dochodził też nieziemski ryk, przypominający nieco głośne rżenie oszalałego konia. Kiedy to dziwne zjawisko dotarło do Głęboczka, ludzie osłupieli z przerażenia. Ich oczom ukazał się wodny potwór o końskiej głowie z nienaturalnie wykrzywionym obliczem. To on wydawał mrożący krew w żyłach ryk. Koński łeb pobłyskiwał srebrnym kolorem rtęci. Na wysokości wsi potwór nie popłynął zgodnie z nurtem rzeki na zachód, ale zerwał lewy brzeg Drawy i najkrótszą drogą rzucił się z masą uwolnionej wody w kierunku jeziora. „Powódź! Powódź!” - krzyczeli biedni chłopi. Teraz i ciekawscy rzucili się do panicznej ucieczki.
Nie minęła nawet godzina, a wszystko ucichło, przestał padać deszcz, wiatr się uspokoił, a chmury gdzieś zniknęły. Kiedy wczesnym rankiem chłopi wrócili do Głęboczka, zastali swoje domostwa nienaruszone. Natomiast środkiem wsi nowym, wyżłobionym przez potwora korytem, płynęła Drawa. Rzeka miała teraz bardzo wartki nurt i najkrótszą drogą osiągała Krosino. Kilku mądrych ludzi postanowiło wykorzystać nowo powstały spadek wody i wybudować tutaj młyn, co też się stało[xi].
Młyn w Głęboczku. Fot. J. Leszczełowski
Nasuwa się pytanie: skąd wziął się ten dziwaczny potwór? Wyjaśnimy to, kiedy dojedziemy do sąsiedniego Rzepowa i opowiemy tam o popularnych na dawnym Pomorzu, w Niemczech i Rzeczpospolitej młyńskich legendach i przesądach.
Dziś Głęboczek ma charakter rolniczo-turysty-czny. Nad jeziorem Krosino, na zachód od wpływu Drawy położone jest ładne kąpielisko. Największą atrakcją tej miejscowości są imponujące ruiny starego szachulcowego młyna, które niestety nie są zabezpieczone i mogą w każdej chwili ulec zawaleniu. Napis na tym budynku przypomina, że wzniesiono go w 1895 r., na miejscu starszej budowli. Za młynem znajduje się interesujący budynek spichlerza, a prowadząca do tych obiektów droga została ozdobiona dawnymi kamiennymi żarnami.
Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową
[i] Z. Guldon, Lustracja województw wielkopolskich i kujawskich 1564 -1565, cz I. Województwa Poznańskie i Kaliskie, Wrocław 1967, s. 39.
[ii] L. Raatz, Tempelburg. Die Gescichte einer pommerschen Kleinstadt, Bad Schwartau 1983, s. 86-89.
[iii] F. Bahr, Das Golzen-Schloss zu Heinrichsdorf, Unser Pommernland, zeszyt 5. s. 153-7.
[iv] P. v. Niessen, Beitraege zur Geschichte der Stadt Falkenburg, Falkenburg 1933, s. 99.
[v] F. v. d. Goltz, Die Familie der Grafen und Freihern von der Goltz, Strassburg, 1885, s. 169.
[vi] A. Korolewicz, Pałac w Siemczynie. Historia i legenda, Czaplinek, 2004, s. 15.
[viii] Opisałem na bazie opowieści zawartej we wspomnianej powyżej książce A. Korolewicz.
[ix] H. Sienkiewicz, Potop,
[x] L. Kubala, Wojna Szwedzka 1655 -1656
[xi] O. Knopp, Volkssagen. Erzaehlungen und Schwaenke aus dem Kreise Dramburg, Koszalin 1926, s. 48.