Sikory i jezioro Komorze - cześć II
J. Leszczełowski

Na tej mapie zaznaczyłem przerywaną linią początkowy fragment wędrówki

Mapa okolic Sikor z 1937 r.
Opuszczając Sikory wspomnijmy jeszcze tylko, że do początków XX w. na jednym ze wzgórz, położonym na wschodzie, wznosił się wiatrak. Drugi wiatrak i druga cegielnia pracowały w pobliskim Kuszewie (niem. Weinberger). Intrygujący jest fakt, że we wsi Sikory były dwa cmentarze. Być może podobnie jak w Czaplinku był tutaj cmentarz katolicki i ewangelicki.
Stary cmentarz w Sikorach
Udajemy się teraz szosą w kierunku Kuszewa, po przejściu kilkudziesięciu metrów od ostatnich zabudowań Sikor skręcamy w prawo w drogę gruntową, prowadzącą nad jezioro Komorze. Mijamy stary cmentarz i pojedyncze zabudowania, gdzie umiejscowiona jest wypożyczalnia kajaków. Dobrym pomysłem jest odwiedzenie grodzisk nad jeziorem Komorze przy wykorzystaniu kajaka. Droga doprowadzi nas na brzeg jeziora Komorze, gdzie znajdziemy dziką plażę, latem dogodną do kąpieli. Obok drewniany pomost ułatwiający wodowanie wypożyczonych kajaków. Stąd rozciąga się widok na Wydrzą Wyspę i północny wysoki brzeg jeziora Komorze. Pozostaniemy tutaj przez chwilę, że zagłębić się w magiczny świat legend okolic Sikor i jeziora Komorze.
Królestwo Szatana (legenda)
Według dawnej legendy teren rozciągający się w okolicach wsi Sikory, Rakowa, Polne, a nawet Łubowa uchodził za obszar pozostający we władaniu złych mocy i samego szatana. Ten ostatni miał tu być widywany, kiedy jeździł po okolicy na koniu o trzech nogach. Mówiono też, że diabeł opanował ten rejon, gdyż nie było na nim żadnego kościoła i nie mieszkał tu żaden pastor[i].
Spróbujmy poszukać źródeł tej niesympatycznej legendy. Dlaczego ten malowniczy region nazywano Królestwem Szatana? Może powodem są bardzo liczne ślady dawnych pogańskich siedlisk, które były przecież zauważane przez miejscową ludność. Kiedy się zastanawiam nad pochodzeniem tej legendy, narzucają mi się wyraźne jej powiązania z czasem konfliktów religijnych na terenie dawnego starostwa drahimskiego. Nie jest prawdziwe twierdzenie, że nie było tu kościołów, gdyż chrześcijańskie świątynie wznosiły się we wszystkich wymienionych powyżej miejscowościach, ale jednocześnie pamiętamy, że od 1625 r. do początków XIX w. nie było na tym terenie ewangelickich zborów, gdyż wszystkie kościoły w ramach kontrreformacji przekazano parafiom rzymsko-katolickim. Przytłaczająca większość mieszkańców Sikor, Rakowa i Polnego wyznawała luteranizm, więc z jej punktu widzenia, twierdzenie o braku kościołów w legendarnym Królestwie Szatana było przez długie lata prawdziwe. Na terenie dawnego starostwa od 1625 r. zabroniona była działalność ewangelickich pastorów, co również dobrze pasuje do powyższej legendy. Wsie wchodziły w skład narzuconych mieszkańcom parafii katolickich, a katolickiemu plebanowi z Czaplinka podporządkowani byli protestanccy kościelni lub nauczyciele, którzy w każdą niedzielę odczytywali mieszkańcom kazania. Aby przystąpić do sakramentu komunii ewangeliccy chłopi ze starostwa musieli udawać się do sąsiednich nowomarchijskich lub pomorskich wsi. Jeden z urzędników zarządzających pruskim Urzędem Draheim uskarżał się, że taka sytuacja prowadzi do szerzenia się wśród wieśniaków różnorodnych pogańskich przesądów:
Sposób na dobre zbiory (legenda)
W czasach kiedy po komunię trzeba było wędrować do sąsiednich wsi pomorskich wieśniacy z terenów dawnego starostwa drahimskiego wierzyli, że wstrzymywanie się od jej spożywania przynosi szczęście i gwarantuje bardzo dobre plony.
Pochodzenie legendy o Szatańskim Królestwie wyjaśniać miałaby inna legenda opowiadana w Sikorach:
Wielobóstwo w Sikorach (legenda)
Pewnego dnia we wsi Sikory pastor prowadził katechezę dla wiejskich chłopców. Omawiając znaczenie pierwszego przykazania, duchowny zapytał jednego z chłopaków: „Ilu mamy Bogów?” (Wieviel Göter gibt es?). Młodzieniec bez większego namysłu odpowiedział: „Trzynastu i jedna wdowa!“. Pastor wpadł w wielką złość. „Zamilknij bluźnierco!” – wrzasnął, przerwał lekcję i przegonił chłopaków do domów. „Na dziś mam dosyć. A więc to wszystko prawda, co słyszałem o tych bezbożnych wsiach! Niech piekło pochłonie to przeklęte Szatańskie Królestwo!” – myślał wzburzony, długo nie mogąc dojść do siebie. Tymczasem doszło po prostu do nieporozumienia. Biedny chłopak źle zrozumiał pytanie i był przekonany, że pastor pyta o liczbę garncarzy w Sikorach. Wypowiedziane przez pastora słowo „Göter” (bogowie) zrozumiał jako „Pötter” (gwarowo garncarze)[ii].
Jak widzimy powyższa legenda nie tylko wyjaśnia pochodzenie mitu o Szatańskim Królestwie, lecz również nawiązuje do tradycji garncarskiej w Sikorach.
Opowiem teraz najobszerniejszą legendę o diable nad jeziorem Komorze. Nie wiemy, skąd pochodził rybak, główny bohater tej legendy. Być może z Sikor, a może z Rakowa (Rackow), Kuszewa (Weinberge) lub Komorza (Bewerdick)?

Rybak. Obraz L. Wyczółkowskiego
Dusza dziecka za udane połowy (legenda)
Zbliżał się świt kiedy rybak po raz kolejny zarzucał swe sieci z nadzieją na wyrwanie z toni jeziora Komorze chociaż skromnej ilości ryb. Od kilku miesięcy coś sprzysięgło się przeciwko niemu. Z połowów wracał z pustymi rękoma, albo z tak skromną ilością ryb, że o wyżywieniu licznej rodziny nie było nawet mowy. Ciągnął sieć wymawiając cicho słowa modlitwy i przypominając sobie wychudzone postacie swoich głodnych dzieci, które pewnie znowu wybiegną mu naprzeciw z nadzieją, że tym razem tato przyniesie bogaty połów. Potem zobaczy rozczarowanie i rozpacz w ich oczach, gdy powie im, że i tym razem nic nie złowił. Niestety, sieć była znowu pusta. „Boże dlaczego mnie tak doświadczasz! Czy jesteś zbyt wysoko, żeby dostrzec krzywdę moich głodnych dzieci?” – szeptał bluźniercze i pełne rozpaczy słowa. „Dziś już nic nie złapię. Spróbuję jutro w innym miejscu” – pomyślał i skierował łódź do brzegu. Kiedy wyciągnął łódź na ląd, zobaczył ze zdumieniem, że zbliża się do niego szykownie ubrany mężczyzna o drobnej posturze. „Co on robi właśnie tutaj, o tak wczesnej porze?” – pomyślał rybak i poczuł się nieco nieswojo. Tymczasem obcy zapytał uprzejmie, czy rybak nie sprzedałby mu trochę ryb. „Nie mam ryb wielmożny panie. Od kilku miesięcy nie mam szczęścia i przynoszę do domu puste sieci. Nie wiem, co stało się z tym jeziorem!” – poskarżył się rozgoryczony rybak. Wtedy elegancki mężczyzna poprosił go, żeby jeszcze raz wypłynął na jezioro i zarzucił sieci. „To nie ma sensu, dziś niczego tutaj już nie złowię” – powiedział rybak – „Wybaczcie panie, ale nie znacie się na tym”. „Zapłacę ci nawet jeśli wrócisz z pustymi rękami, chcę tylko żebyś jeszcze raz spróbował. Zobaczysz, że wtedy będziesz miał dość ryb, żeby nakarmić dzieci i żeby zarobić trochę grosza, sprzedając mi część połowu”. Rybak wzruszył ramionami i wypchnął łódź na jezioro. Bez wiary zarzucił sieci, kiedy jednak je wyciągał ze zdumieniem stwierdził, że są pełne dorodnych ryb. Wrócił zadowolony na brzeg i sprzedał połowę ryb elegantowi. Licząc pieniądze pomyślał: „Gdybym każdego dnia miał choć w połowie tak dobry połów, mógłbym odmienić życie mojej rodziny”. Obcy zdawał się słyszeć jego myśli, gdyż rzekł: „Mogę sprawić, że każdego dnia wracać będziesz do domu z takim połowem”. „Nie chcę za to wiele. W domu masz liczną gromadę dzieci, które z trudem utrzymujesz przy życiu. Pomyśl, co się z nimi stanie, gdy znów przestanie ci dopisywać szczęście. Sam wiesz, że w tych trudnych czasach nikt ci nie pomoże i każdego dnia będziesz widział swe dziatki, coraz słabsze i chudsze. Będą patrzyły na ciebie rozszerzonymi oczyma, w których gasnąć będzie powoli nadzieja. A ja chcę tylko, żebyś oddał mi duszę swego najmłodszego syna”. Teraz rybak zrozumiał z kim ma do czynienia i wzdrygnął się ze strachu: „Przecież to diabeł we własnej osobie!”. Szatański słowa obcego trafiały jednak na podatny grunt. Rybak przez chwilę pomyślał, że mógłby uratować resztę dzieci, gdyby sprzedał duszę czteroletniego syna. „Nie, nie mogę tego zrobić! Nie jestem barbarzyńcą nie poświęcę jednego dziecka dla ratowania innych.” – powiedział rybak, ale wtedy znowu odezwał się diabeł: „Ale dlaczego mi o tym mówisz? Mogłeś przecież odmówić i odejść, ale wtedy wracałbyś znowu do swych głodnych dzieci i czułbyś na sobie ciężar ich pełnych wyrzutu spojrzeń. Odmawiasz, ale wciąż tu jesteś, chcesz przecież, żebym cię przekonywał, nieprawdaż?”. „Milcz!” – wrzasnął rybak. Diabeł jednak nie ustępował: „Nie chcę przecież jego duszy teraz, przyjdę po nią dopiero wtedy, kiedy chłopak skończy 13 lat”. To przekonało rybaka, który pomyślał sobie, że przez te dziewięć lat, coś wymyśli, żeby uchronić duszę swego najmłodszego dziecka. Diabła wyciągnął zza pazuchy gotowy kontrakt i pióro. Rybak nakreślił na pergaminie niezgrabny krzyżyk, gdyż pisać nie umiał. Czuł się fatalnie. Diabeł skłonił się grzecznie i zadowolony odszedł.
Rybacka łódź nad jeziorem Komorze
Nadeszły szczęśliwe lata. Każdego dnia rybak przynosił do domu bogaty połów. Odtąd licznej rodzinie niczego nie brakowało. Lata mijały jednak bardzo szybko, najmłodszy syn rósł i wkrótce poszedł do szkoły. Uczył się doskonale i miejscowy pastor wróżył mu wielką karierę. Chłopak był wesoły, rezolutny i bardzo kochał swoich rodziców. Z każdym rokiem rybak był coraz bardziej zatroskany i ze strachem oczekiwał trzynastych urodzin syna. Kilka tygodni przed ich nadejściem załamał się zupełnie. Siedział struty przy stole i do nikogo się nie odzywał. Przestał wypływać na jezioro na połów. W końcu uległ prośbom małżonki i opowiedział, co zaszło nad jeziorem przed dziewięciu laty. Kiedy skończył spojrzał boleśnie na najmłodszego syna. Ten jednak patrzył na ojca spokojnie i rzekł: „Nie martw się ojcze, dzięki tobie mieliśmy co jeść przez te lata i nie pomarliśmy z głodu. Tu chodzi o moją duszę i diabeł musi się jeszcze ze mną rozmówić. Zobaczymy co nam los przyniesie”.
Wreszcie nadszedł dzień urodzin najmłodszego syna i wieczorem ktoś zastukał do drzwi rybackiej chałupy. Kiedy rybak otworzył, ze zgrozą zobaczył w progu znanego mu eleganckiego mężczyznę, który pod pachą dzierżył pergaminowy kontrakt. „Czas spłacić długi, nieszczęsny człowiecze!” – rzucił i energicznie wkroczył do chałupy. Na drodze stanął mu trzynastoletni syn gospodarza: „Hola wielmożny panie, macie zgodę mego rodziciela, ale musicie spełnić jeszcze mój warunek, żeby zabrać mą duszę!”. „Jaki to warunek?” – spytał nieco skonfundowany diabeł. „Żeby oddzielić moją duszę od cielesnej powłoki, musicie mnie panie zabić sztyletem, który ma przy sobie” – rzekł chłopak – „Zgadzacie się panie?”. „Niechże tak będzie. Daj ten sztylet chłopcze!” – zawołał elegant. Wtedy syn rybaka wcisnął mu w dłonie rękojeść sztyletu. Diabeł spojrzał na tę broń i zaskowyczał straszliwie. Sztylet upadł na podłogę a diabeł wyleciał ze świstem przez okno z chałupy. Nikt go więcej w tej okolicy nie widział. Rybak podniósł sztylet, którego rękojeść osłaniał prosty jelec. Sztylet miał kształt krzyża, co śmiertelnie przeraziło diabła.
Plaża nad Komorzem. Na drugim planie po prawej: Wydrza Wyspa, po lewej wysoki brzeg Gór Winnych (niem. Weinberge)
Powróćmy teraz ze świata baśni i legend do rzeczywistych zdarzeń. Znajdujemy się na plaży nad jeziorem Komorze. Po lewej stronie widzimy wysokie, północne brzegi, które letnią porą są zawsze mocno nasłonecznione. Gdzieś za nimi, przy szosie, znajdują się pojedyncze zabudowania wsi Kuszewo. Nie jest to historyczna nazwa tej wsi, gdyż wymyślono ją dopiero po 1945 r. Niedaleko tej osady, nad samym brzegiem jeziora znajduje się wzgórze, które nazywało się Kuschenberg (czytaj: kuszenberg). Nazwę tego wzgórza przeniesiono na pobliską osadę, zacierając w ten sposób ciekawą informację o historii jej powstania. Bezmyślne i koniunkturalne zmiany tradycyjnego nazewnictwa ma w sobie coś z wandalizmu, gdyż niszczy dyskretne i wartościowe ślady dawnych dziejów.

Herb Palatynatu przedstawiający lwa, w jego górnej części widać pnącza i owoce winorośli. Po prawej zbiór wina według starej ryciny
Werner Wodtke w swojej nastrojowej książce „Stinte. Schmunzelgeschichten aus Pommern” opisał okoliczności powstania Kuszewa, którego historyczna nazwa brzmiała Winnogóry (Weinberge). Autor umieścił w tej publikacji wiele intrygujących opowieści, które krążyły po Ziemi Czaplineckiej, łącząc mity, legendy i fakty historyczne. Oddawał znakomicie atmosferę tych okolic i postrzeganie świata przez ówczesnych mieszkańców, ale w ten sposób postawił przede mną bardzo trudne zadanie oddzielenia faktów historycznych od mitów, w które wierzyli ludzie tu żyjący. Niekiedy takie rozróżnienie może okazać się niewykonalne.
Zbiory winogron w czasach Fryderyka Wielkiego
Okoliczności powstania osady Kuszewo-Winnogóry opisane zostały dość wiarygodnie[iii]. Otóż widoczne z naszej plaży wysokie północne brzegi jeziora Komorze przypominały nieco krajobraz krain położonych nad Renem, znanych z uprawy winorośli i produkcji znakomitego wina. W czasach Fryderyka Wielkiego, kiedy na Pomorzu przystąpiono do odbudowy gospodarki po długotrwałych wojnach, zrodził się pomysł, żeby nad północnym brzegiem Komorza osiedlić rodziny winiarzy z Palatynatu (niem. Pfalz), krainy położonej nad Renem i ze względu na produkcję doskonałego wina, nazywanej „niemiecką Toskanią”. Tak też uczyniono. Winiarze-osadnicy nazwali swoją nową wieś Weinberge i wzięli się ostro do pracy, zakładając plantacje winorośli. Po kilku latach można było skosztować pomorskiego wina z Kuszewa, które było jednak bardzo kwaśne. „Nic to!” - mówili niezrażeni osadnicy – „Potrzeba tylko cierpliwości i wytężonej pracy, żeby wino znad Komorza dościgło walorami smakowymi te znad Renu”. Według winiarzy rośliny przywiezione z Palatynatu muszą najpierw oswoić się z tutejszą glebą i pomorskim klimatem. „Z roku na rok wino będzie coraz bardziej słodkie” - mówili. Chyba jednak osadnicy oceniali perspektywy tych upraw zbyt optymistycznie. Informacje o zaprzestaniu uprawy znikły gdzieś w mrokach przeszłości, a po ambitnych zamiarach została tylko nazwa miejscowości, ale i ona została bezmyślnie zmieniona po 1945 r. Rozproszona zabudowa Kuszewa może być pamiątką po dawnych plantacjach.
Zbiór wina według starej ryciny
Werner Wodtke opisał też relację z wizytacji Ziemi Czaplineckiej przez Fryderyka Wielkiego. Królowi miał się spodobać upór winiarzy z Kuszewa. Zachęcał ich do dalszej pracy, gdyż, jak mówił, „wino raduje ludzkie serce”. Później, kiedy król odwiedzał ratusz w Czaplinku, burmistrz kazał wyjąć z kredensu wino i wznieść toast na cześć Jego Wysokości. Po skosztowaniu tego trunku Fryderyk Wielki z zadowoleniem pochwalił jego szlachetny smak i zapytał, czy to wino zostało zrobione przez winiarzy znad jeziora Komorze. „I tak, i nie” – miał odpowiedzieć burmistrz, gdyż było to wino, które osadnicy przywieźli ze sobą z Palatynatu[iv]. Miejscowe wino było jeszcze zbyt kwaśne, żeby raczyć nim króla.
Zbiór wina, obraz F. Andri, 1930 r.
Do opowieści o przebiegu królewskiej wizyty należy podchodzić z dużą ostrożnością. Możliwe, że są w niej liczne ziarna prawdy, a może jest ich niewiele. Niewątpliwie jednak taka opowieść była przekazywana przez pokolenia czaplinian, dlatego warta jest zapamiętania i przytoczenia.
Grobla prowadząca na Wydrzą Wyspę
Czas ruszać w dalszą drogę. Wzdłuż południowego brzegu jeziora Komorze wiedzie wąska ścieżka, użytkowana intensywnie przez wędkarzy, gdyż jest tu wiele solidnie zrobionych pomostów. Przez długi czas towarzyszyć nam będzie widok zalesionej Wydrzej Wyspy, która należy do największych wysp jeziorowych w Polsce. Wyspa połączona jest z południowym brzegiem wąską groblą, którą wykorzystywali mieszkańcy domostwa znajdującego się na wyspie. Dziś grobla jest zarośnięta i zalana wodą.
Widok na Wydrzą Wyspę.
Ślady bytowania bobrów
Po minięciu grobli wejdziemy na teren bazy wypoczynkowej dla turystów -wędkarzy. Chyba można wynająć tam pokoje. Drzewa rosnące wzdłuż brzegu jeziora noszą wyraźne ślady bytowania Bobrów.
Przystań wędkarska
Naszym celem jest grodzisko znajdujące się na wysokim brzegu jeziora, które kiedyś nazywano Górą Zamkową, podobnie jak grodzisko nad jeziorem Dołgie Wielkie. Te dwa miejsca nie są zresztą od siebie zbyt oddalone. Południowe brzegi Komorza były w czasach wczesnośredniowiecznych słowian, zwanych przez Niemców Wendami, bardzo gęsto zasiedlone.
Idąc wzdłuż brzegu jeziora dojdziemy na wysokość południowo-wschodniego cypla Wydrzej Wyspy. Brzegi jeziora staną się wtedy bardzo wysokie, co wskazuje, że znajdujemy się w rejonie Góry Zamkowej. Nie polecam tej drogi, ale postanowiłem się wspiąć po stromym zboczu, chwytając się gałęzi krzewów. Wysiłek się opłacił. Wyraźne ślady dawnej osady i wspaniały widok na jezioro i trzy jego wyspy. Pomimo złej pogody widok zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wzgórze, na którym znajduje się dawna siedziba ludzka, ma wąski wydłużony wierzchołek. Bardzo strome zbocza znajdują się po stronie północnej w kierunku jeziora i południowej, gdzie znajduje się dość duże leśne bagno. Od strony tego mokradła dobiega bardzo głośne kumkanie żab, które robi niesamowite wrażenie. Nagrałem je sobie telefonem komórkowym. Jakby nie dość tych wrażeń z oddali, gdzieś z lasu dobiegał wyraźny klangor żurawi. Bujna natura towarzyszyła mi do końca tej wyprawy.

Widok z Zamkowej Góry
Widok z Zamkowej Góry

Strome zbocza Góry Zamkowej
Żabie bagno u podnóża Góry Zamkowej
Widok z Góry Zamkowej
Mapka sporządzona przez polskich archeologów, na której zaznaczono Góry Zamkowe nad jeziorami Dołgie Wielkie (3) i Komorze (2). Ponadto zaznaczono dwie osady w rejonie Kuszewa (4 i 5). Źródło: J. Olczak i K. Siuchniński Źródła archeologiczne do studiów nad średniowiecznym osadnictwem grodowym na terenie województwa koszalińskiego. Tom III.
Góra Zamkowa nad Komorzem została dość dokładnie zbadana przez niemieckich badaczy w drugiej połowie XIX w. Od tego czasu nie było chyba innych badań w tym miejscu. W czasopiśmie Baltische Studien znajdziemy dość zaskakujące informacje na temat Góry Zamkowej[v], która położona jest na wzgórzu znajdującym się 90 stóp nad lustrem wody jeziora Komorze. Od północy dostępu do dawnego grodziska chroniło jezioro, a od południa i zachodu podmokłe rowy. Na wschodzie usypano wał obronny. Inny wał o długości 50 kroków rozdziela gród na dwie części. Długość całego siedliska wynosi natomiast 140 kroków. Większa wschodnia część (80 kroków) tworzy czterokątny szaniec, który oddzielony jest od zachodniej części wałem i częściowo zasypanym rowem. Zachodnia mniejsza część (60 kroków) jest otoczona walem. W tej mniejszej części odkryto podczas wykopalisk gruz w kolorze ceglanym zmieszany z węglem i popiołem. Przypuszczalnie w tej części znajdowało się mieszkanie lub zamek wyższy. W drugiej części mieszkała prawdopodobnie załoga zamkowa, były tam stajnie i spichlerz. Ten obrys przypomina zamek rycerski.
Innymi słowy badacze niemieccy chcieli w tym miejscu widzieć dawny ceglany zamek wczesnośredniowieczny, a nie tylko grodzisko. Polscy archeologowie chyba nie badali tego miejsca. W książce „Źródła archeologiczne do studiów nad średniowiecznym osadnictwem grodowym na terenie województwa koszalińskiego” pominięto opis Góry Zamkowej, a w podpisie pod mapką okolic Sikor umieszczono podpis: „osada?”. Napisano, że kiedyś uważano to miejsce za grodzisko, a teraz za osadę. Autorzy nie mieli jednak pewności, ponieważ przy podpisie „osada” umieścili znak zapytania.
Do jeziora Komorze wpadają liczne strumienie, które wyżłobiły w stromych brzegach wąwozy.
Moim kolejnym celem było grodzisko na długim półwyspie, znajdującym się kilka kilometrów na wschód od Góry Zamkowej. Prawdopodobnie można tam dojść, trzymając się brzegu jeziora, ja jednak postanowiłem wykombinować szybszą drogę. Poszedłem na skróty w kierunku południowo wschodnim, żeby spotkać się z wygodną drogą leśną Sikory-Rakowo, wzdłuż której wytyczno czerwony szlak rowerowy.
Trasa okazała się dość trudna. Teren jest poprzecinany licznymi wąwozami, a na drodze napotykać będziemy liczne leśne bagna. Wysoki las bukowy, robi dość ponure wrażenie. Idąc przez świerkowy zagajnik spłoszyłem duże stado dzików. Kiedy zobaczyłem około ośmiu warchlaków, straciłem nieco pewności siebie, rozglądając się za drzewem, na które mógłbym uciec, przed szarżującą lochą. Zatrzymałem się i rzeczywiście nie wszystkie dziki uciekły. Jeden znajdował się gdzieś w pobliżu, wydając groźne i głośne pomruki. Co robić? Nawet nie wiem, gdzie on jest? W końcu chwyciłem gruby kij i zacząłem walić w drzewo wydając przy tym dziarskie okrzyki. Po kilku minutach dzik przestał się odzywać, a ja po krótkim marszu dotarłem do drogi. Idąc tym szlakiem widziałem później znaki zabraniające schodzenia z drogi, ze względu na ostoje zwierzyny.
Uroczysko. Bukowy las wzgórza, a w dolinkach bagna. Łatwo tutaj o spotkanie ze stadem dzików
Bagno przy drodze do Rakowa jest ozdobione dwoma głazami narzutowymi
Idąc w kierunku Rakowa, miniemy pojedyncze zabudowania leśnej osady, którą ktoś dowcipnie nazwał „Hrabstwo Rakowo”. Około kilometra za osadą szlak rowerowy skręca w lewo w drogę, która prowadzi w kierunku półwyspu. Zanim tam się udamy, obejrzymy znajdujące się kilkadziesiąt metrów wcześniej, po lewej stronie ślady dawnej wczesnośredniowiecznej osady, otoczonej wałem ziemnym. Jest to jedna z wielu osad słowiańskich, które rozmieszczone były w najbliższej okolicy. W przypadku zagrożenia wrogim najazdem ludność tych osad uciekała na półwysep, gdzie znajdowało się grodzisko obronne i gdzie można było obronić się przed wrogiem. Być może że w tym czasie półwysep był wyspą.
Druga część mojej wędrówki nad Komorzem
Dawna osada słowiańska przy drodze Sikory Rakowo. Po lewej stronie dobrze widoczny wał ziemny
Idziemy teraz drogą w kierunku jeziora i półwyspu. Mijamy ślady fundamentów istniejącego tu niegdyś domostwa. U nasady półwyspu szlak rowerowy skręca w prawo i wiedzie na zachód wzdłuż brzegów jeziora. My jednak udajemy się trudniejszą trasą prosto na półwysep, żeby obejrzeć ślady dwóch osad i grodziska. Wysiłek się opłacił, bo wszystkie te obiekty są dobrze widoczne.

Mapka sporządzona przez polskich archeologów, na której zilustrowano grodzisko na półwyspie (1) i dużą liczbę dawnych osad na półwyspie (2 i 3) i na południe od jeziora Komorze (4, 5, 6, 7 i 8). Źródło: J. Olczak i K. Siuchniński Źródła archeologiczne do studiów nad średniowiecznym osadnictwem grodowym na terenie województwa koszalińskiego. Tom III.
Fragment grodziska na półwyspie
To miejsce zostało również zbadane w XIX wieku i opisane w czasopiśmie „Baltische Studien”[vi]. Według tego opisu grodzisko leży w połowie półwyspu na wzgórzu o wysokości 60 stóp. Za nim półwysep ciągnie się w kierunku wschodnim równolegle do północnych brzegów. Na jego końcu znajdują dwa poprzeczne wały wysokie na 30 stóp i mające 50 kroków długości. Oddalone są one od siebie o 40 kroków.
Na zakończenie tej wyprawy posłuchajmy legendy, która związana jest z tym tajemniczym półwyspem.
Zamek i żelazny most (legenda)
W połowie półwyspu miał się kiedyś wznosić wielki zamek. Podobno w środku wzgórza, będącego pozostałością tej twierdzy, ukryty jest skarb. Między wałami na końcu półwyspu miały się niegdyś wznosić stajnie dla koni. Zamek miał być połączony z północnym brzegiem jeziora gigantycznych żelaznym mostem łańcuchowym. Potężną część tego żelaznego łańcucha znalazł podobno pradziad pewnego rybaka z Rakowa. Większa część łańcucha ma nadal spoczywać na dnie jeziora i kiedy woda jest spokojna, można ją nawet dojrzeć.
[i] H. Rogge, Aus dem Sagenkranz von Neustettin, Heimatkalender fuer Neustettiner Land 1926, s. 41.
[ii] F. Uecker, Sagen und Sagenhaftes, Märchen, Schwanke, Streiche aus Pommern, 1925, s. 67
[iii] W. Wodtke, Stinte. Schmunzelgeschchten aus Pommern, s. 104
[v] „Bericht über die Untersuchungen von Altethuemer 1869/70 im Neustettiner und Schlochauer Kreis“, Baltische Studien, Band 25