Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Kościół w Stawnie
Zaułki w Kallies
Rynek w Kaliszu Pomorskim
Wyzwolenie
Czaplinek. Pl. 3 Marca
Czaplinecki rynek I
Czaplinecki rynek cz. II
Złocieniecki rynek cz. I
Złocieniecki rynek cz. II
Drawski rynek
Legendy na notgeldach
Tropami złocienieckiej historii
Majówka 2010 - I część
Litografie Dunckera
Ikonografia Drahimia
Miedzioryty Meriana
Miedzioryty Petzolda
Trochę o notgeldach
Wielki Rak w Ińsku
Zapisane na pocztówce
Papierowe publikacje
Drawski rynek

Drawski rynek

Jarosław Leszczełowski

 

(fragment książki „Pojezierze Drawskie zaklęte w starej widokówce”)

 


Rysunek XIX-wiecznego rynku w Drawsku Pomorskim. Rysunek udostępnił mi p. Tomasz Choroba


47. Drawski rynek i kościół Świętej Marii po modernizacji w 1914 roku. Wydawnictwo Schoening & Co. z Lubeki.

 

Obejrzawszy wydaną w Lubece widokówkę numer 47, przejdziemy od monumentalnej bryły kościoła do opisu drawskiego rynku (dziś Plac Konstytucji), który stanowił serce miasta. Na wspomnianej karcie pocztowej widzimy fragment jego zachodniej i północnej pierzei. Zachodnią ścianę tworzyły cztery domy. Najbardziej na lewo, przy wylocie dzisiejszej ulicy Ratuszowej (dawniej Nettelbeckstrasse), wznosi się wielki gmach dawnego domu Hermana Wittego. W latach trzydziestych ta sama kamienica należała do żydowskiej rodziny Boddinów i mieściła między innymi sklep z artykułami gospodarstwa domowego. W tym samym budynku mieścił się oddział Miejskiej Kasy Oszczędnościowej (Stadtparrkasse), czyli odmiany miejskiego banku (według wspomnień niektórych mieszkańców przedwojennego Drawska miał to być oddział Powiatowej Kasy Oszczędnościowa).  W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku w dawnym domu Boddinów swoją siedzibę miał Urząd Miasta, przekształcony później w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Po reformie administracyjnej i likwidacji powiatów władze miejskie przeniosły się do budynku starostwa.

 

49. Zachodnia pierzeja drawskiego rynku. Od lewej: dom Wittego, Hotel Stadt Dramburg oraz dwie nieistniejące dziś kamienice

 

Na prawo znajdowała równie okazała kamienica, w której mieścił się hotel Krafta, później zwany Hotelem Miasta Drawsko (Hotel Stadt Dramburg). W latach trzydziestych jego właścicielem był niejaki Baumann, a później jego małżonka. Obydwie budowle istnieją do dziś, w przeciwieństwie do dwóch piętrowych kamieniczek stojących niegdyś dalej po prawej stronie. W pierwszej, najmniejszej, znajdowała siedziba Związku Oszczędnościowego Konsumentów, a w drugiej swój warsztat prowadził szewc Wilhelm Kuehl. Wszystkie cztery domy zachodniej pierzei rynku widać dobrze na widokówce numer 49. W momencie wykonywania fotografii centralny plac w miasteczku tętnił życiem. Na brukowanym rynku zaparkowano kilka aut oraz wiele zaprzęgów konnych.

 


50. Dom handlowy Wittego i hotel Krafta podczas obchodów Święta Weteranów

 

Hotel Miasta Drawsko, podobnie jak znajdujący się po drugiej stronie rynku hotel Niemiecki Dom, utrzymywał na dworcu kolejowym swojego pracownika, którego zadaniem było transportowanie bagaży przybywających do miasta podróżnych[i].

Pochodząca z początku wieku karta pocztowa numer 50 pokazuje przystrojone świątecznie gmachy domu handlowego Hermanna Wittego i Hotelu Krafta (później Hotel Stadt Dramburg). Zdjęcie wykonano 18 czerwca 1899 roku podczas obchodów Powiatowego Święta Weteranów (Kreis Kriegerfest). Uroczystości te organizowane były 18 czerwca przez związki strzelecki i weteranów dla upamiętnienia zwycięstwa nad Napoleonem pod Waterloo. Kamienice przystrojone są we flagi cesarstwa i girlandy.

Co roku na rynku odbywały się też huczne zabawy sylwestrowe pod gołym niebem. Tak miało być i 31 grudnia 1929 roku. Jednakże w nocy z 29 na 30 grudnia właścicielka Hotelu Miasta Drawsko, pani Baumann, zaalarmowała szefa ochotniczej straży pożarnej Willego Hintza wiadomością, że jej hotel płonie. W czasopiśmie “Dramburger Kreisblatt” opublikowano znakomitą relację autorstwa tego ostatniego z akcji pożarniczej. W mieście nie było wtedy syreny i powiadamianie strażaków zabrało trochę czasu, a tymczasem sytuacja była dramatyczna, gdyż - wbrew wszelkim przepisom - ogromny gmach hotelu posiadał tylko jedne schody, które właśnie płonęły. Większość gości zdołała opuścić budynek, zanim płomienie objęły drewniane schody, ale dwie osoby zostały odcięte na najwyższym piętrze. Matka i syn wyglądali przez okno, rozpaczliwie wołając o pomoc. Strażacy czym prędzej wynieśli z remizy wielkie drabiny i w pierwszej kolejności przystąpili do ratowania odciętych płomieniami. Bezpośrednie przystawienie drabin do okien pokojów, w których znajdowały się zagrożone osoby, było niemożliwe ze względu na słupy, doprowadzające energię elektryczną. Mimo to strażacy szybko przeprowadzili zakończoną powodzeniem akcję ratunkową.

W mieście nie było wtedy wodociągów i straż musiała rozciągnąć węże, których końce zanurzano aż w nurtach Drawy. Wszystko to trwało dość długo. Wkrótce na rynku obok licznych gapiów pojawił się landrat (starosta) dr Ehlert, który zaczął pokrzykiwać na dowódcę straży Hintza, że akcja gaśnicza trwa zbyt długo. Willi Hintz nie dał się onieśmielić i wykrzyczał urzędnikowi w twarz, że pierwszą powinnością było uratowanie ludzi, co też jego podwładni uczynili.

Warunki akcji gaśniczej były wyjątkowo trudne. Hintz zdecydował się ustawić na tyłach hotelu ręczną pompę, która była zasilana wodą ze zbiornika przywożonego przez zaprzęg konny. Oddział strażaków na tyłach budynku miał nie dopuścić do zapalenia się drewnianych stajni. Pompę i zbiornik obsługiwali mieszkańcy miasta zobowiązani do świadczeń gaśniczych. Stanowili oni wzmocnienie sił dobrze wyszkolonej ochotniczej straży pożarnej. Na miejscu znowu pojawił się urażony i zły landrat Ehlert. Okazało się, że strażacy służby obowiązkowej nie mogą uruchomić ręcznej pompy, twierdząc, że jest zepsuta. Ehlert znowu poczuł się ważny i w obecności gapiów zrobił awanturę komendantowi Hintzowi. Ten ostatni podszedł do ręcznej pompy i dostrzegł źle ustawioną dźwignię, która uniemożliwiała pracę. Komendant przestawił dźwignię i z węża popłynęła woda. Hintz był już bardzo zniecierpliwiony postawą landrata. Zrobił mu kilka cierpkich uwag na temat marnego wyszkolenia strażaków służby obowiązkowej, za co odpowiedzialne były władze powiatowe. Potem powiedział, że swoją służbę pełni ochotniczo i nie pozwoli wykrzykiwać na siebie podczas akcji gaśniczej i w obecności osób postronnych. Oświadczył też, że po uporaniu się z żywiołem złoży natychmiast dymisję. Jednak po kilku dniach landrat ochłonął i kilkakrotnie przeprosił za swoje zachowanie.

Ale to nie był koniec kłopotów komendanta w tym dniu. Dzielni strażacy, walcząc z żywiołem, dotarli do hotelowej piwniczki z winem. Pomimo wyraźnego zakazu kilku z nich postanowiło się nieco ochłodzić i ugasić pragnienie. Jeden z majstrów strażackich najwyraźniej czynił to zbyt intensywnie, gdyż zgłosił się do Hintza i zameldował, iż właśnie ugasił „swój” (wewnętrzny) pożar. Zdegustowany komendant odesłał go natychmiast do domu.

Gdy wydawało się, że sytuacja w hotelu została opanowana, nieoczekiwanie wybuchł kolejny pożar w sąsiednim domu rodziny Boddin. Ogniskiem pożaru był składzik opału. Sprawa była bardzo zagadkowa, gdyż niemożliwym było przeniesienie się tutaj ognia z sąsiedniego hotelu. Wszystko wskazywało na celowe  podpalenie. Policji nie udało się jednak wyjaśnić przyczyn pożaru. Autor relacji, Willi Hintz, został później kierownikiem szkoły pożarniczej w Mielenku Drawskim.[ii]

Kiedy w 1945 roku do miasta wprowadziła się sowiecka dywizja, jej oficerowie zajęli dla siebie obydwa rynkowe hotele. Po odejściu Rosjan hotel wypełniał swoją funkcję i nosił nazwę Adria. W 1949 roku Adrię przekształcono w hotel pracowniczy Spółdzielni Spożywców, na parterze którego istniała do końca lat sześćdziesiątych restauracja Adria.

Północną pierzeję rynku otwierała szeroka, piętrowa kamienica szachulcowa widoczna na zdjęciach 42, 47, 49 i 52. Na jej parterze mieściły się dwa sklepy: Paula Schuberta i Wilhelma Kuenkela. Sklep Paula Schuberta miał szczególną atmosferę i bogaty asortyment sprzedawanych towarów. Znajdowało się tam aż siedem działów!. W pierwszym oferowano zegary, w tym duże salonowe, specjalnością zaś drugiego były różne typy lornetek. Trzecie stoisko oferowało artykuły fotograficzne, a czwarte stanowiło sklep muzyczny, gdzie obok dużego wybory instrumentów można było kupić patefon i płyty. Były tutaj jeszcze warsztat oferujący drobne naprawy, laboratorium fotograficzne i dział wysyłkowy. Na ilustracji 51 możemy zobaczyć wykwintną reklamę sklepu Schuberta. W 1931 roku Paul Schubert obchodził uroczyście 25-lecie swojej firmy, działającej w  miejscu, które wykupił już jego ojciec, od 1875 roku prowadzący tam warsztat szewski.[iii] W polskim Drawsku Pomorskim firmę Schuberta zastąpił sklep monopolowy. Po prawej stronie, w tym samym budynku pan Sabik handlował towarami kolonialnymi i nie tylko. Można było tutaj kupić przechowywane w beczkach śledzie. Za ladą w kankach stało mleko, które sprzedawca nalewał metalowym pojemnikiem, ponadto można było tam kupić marmoladę i dziegieć. W połowie lat pięćdziesiątych ten szachulcowy dom padł ofiarą płomieni. Na jego miejscu spółdzielnia Świt wybudowała blok mieszkalny.

 

 

51. Reklama sklepu Paula Schuberta, zegarmistrza i jubilera 

 

52. Zachodnia i północna pierzeja drawskiego rynku, od lewej: dom towarowy Wittego, Hotel Stadt Dramburg, siedziba związku konsumentów, zakład szewski, kościół Świętej Marii, dom ze sklepami Schuberta i Kunkela oraz fragment domu z piekarnią i kawiarnią

 

Na północnej stronie rynku wybudowano jeszcze dwa szerokie budynki: w środku wznosiła się pokaźna, dwupiętrowa kamienica, w której działały kawiarnia Schmidta i piekarnia Howego. Obok wznosił się dom towarowy Braunschweig. Te dwa stare domy zostały zniszczone w wyniku działań wojennych i możemy je oglądać jedynie na starych zdjęciach.

 


53. Wykonane z wieży kościelnej zdjęcie rynku z 1902 roku. Wydawnictwo księgarni Ottona Janckego

 

Wschodnią ścianę rynku, podobnie jak zachodnią, tworzyły cztery domy, które w komplecie dotrwały do naszych czasów. Widać je dobrze na widokówce numer 53 z kategorii „topograficznych grussów”, wydanej w 1902 roku przez znaną nam drawską księgarnię Ottona Janckego. Zdjęcie zostało zrobione z wieży kościelnej. Widać doskonale wszystkie domy wschodniej pierzei oraz zaplecza domów na północnej stronie. Na rynku trwa ożywiony ruch, gdyż odbywa się właśnie cotygodniowy targ lub jarmark. U wylotu ulicy Górskiej (Bergstrasse, dawniej ulica Mała Tkaczy Wełny, dziś Bednarska) stoi dom, w którym handlowali Max Heller i W. B. Weymann. Ten ostatni prowadził sklep kolonialny, w którym można było nabyć towary delikatesowe, przyprawy, tabakę, cygara, papierosy, spirytualia i wina. Na banerze reklamowym, zamieszczonym w “Kalendarzu ojczyźnianym” z 1929 roku, Weyman chwali się, że jego sklep posiada nowoczesną wypalarkę kawy, dzięki której jest w stanie w każdej chwili oferować klientom świeżutki i wonny napój[iv]

Weymann należał też do pierwszej grupy abonentów sieci telefonicznej zakładanej w 1912 roku, dzięki czemu otrzymał niski, dwucyfrowy numer. Pierwszym abonentem był adwokat Rosenfeld, który mieszkał w willi Margarette przy ulicy Wielkomłyńskiej (dziś Piłsudskiego). Pan mecenas mógł się pochwalić  wyjątkowym numerem telefonicznym: 1.

 

 

54. Kolejna widokówka prezentująca wschodnią pierzeję rynku. Piękny wytłaczany papier stanowił swojego rodzaju reklamę, gdyż wydawcą była drawska firma Brandta, handlująca właśnie papierem

 

W 1912 roku w niewielkim pokoiku nad sklepem Weymanna znajdował się punkt obsługi klientów firmy Prowincjonalna Elektrownia Massow, której zadaniem było zachęcanie mieszkańców Drawska do skorzystania z dostaw energii elektrycznej. Nie było to zadanie łatwe, gdyż ta nowinka techniczna była wówczas jeszcze bardzo kosztowna. Większość drawszczan wolała pozostać przy tanim oświetleniu gazowym lub korzystać z lamp naftowych. Proces elektryfikacji był przez to dość długotrwały, dlatego jeszcze 1939 roku istniały wiejskie gospodarstwa niedołączone do sieci energetycznej. Koszty przyłączenia wolno stojących domostw pokrywać musieli ich właściciele, co nie ułatwiało sprawy.[v]

Po II wojnie światowej w omawianym powyżej, narożnym domu był sklep warzywny, który mieszkańcy opatrzyli nieoficjalną nazwą „U Michała”. Niszczejący budynek został późnie przebudowany i utracił swój pierwotny wygląd.

  


55. Pocztówka z 1914 roku wydana przez Gustawa Brandta z Drawska: północna i wschodnia ściana rynku.

 

56. Pocztówka z lat czterdziestych wydana przez księgarnię Ottona Rambowa z Drawska: wschodnia ściana rynku z hotelem Deutsches Haus.

 

Idąc dalej, dostrzeglibyśmy dom mieszkalny i firmę Kurta Wiebacha. Budynek ten spłonął w 1906 roku, ale został odbudowany w nowej, bardziej okazałej postaci. Jego pierwotny wygląd możemy zobaczyć na widokówkach 53 i 54, a odbudowany gmach na zdjęciach 55 i 56. Na wysłanej 8 lutego 1914 roku widokówce numer 55   odbudowany po pożarze dom Kurta Wiebacha wyraźnie się wyróżnia na wschodniej stronie rynku. Handlował on towarami kolonialnymi, materiałami budowlanymi, węglem, żelazem i spirytualiami. Wygląd kamienicy wskazuje, że interesy szły bardzo dobrze. W polskim Drawsku na parterze tej wysokiej kamienicy istniał sklep odzieżowo-tekstylny.

Trzecia kamienica należała do zegarmistrza Ernsta Schramma i handlarza artykułami do robót ręcznych Ernsta Krausego, a po II wojnie światowej była tutaj drogeria pana Schulza. Na piętrze zaś pracowały wtedy biura Miejskiego Handlu Detalicznego.

Ostatnim domem wschodniej ściany rynku był początkowo niewielki hotel Maas, który został rozbudowany w latach dwudziestych i przyjął nazwę hotel Dom Niemiecki (Hotel Deutsches Haus) – jego już rozbudowany, wielki gmach  zobaczymy na widokówce numer 56. Przez szkło powiększające dostrzeżemy na tym zdjęciu szyldy Hellera, Wiebacha, Weymana i Schramma. Właścicielem rozbudowanego hotelu był Ernst Reiner. Po wojnie wygodny gmach hotelowy najpierw upatrzyli sobie Rosjanie, a później umieszczono tutaj zakład odzieżowy Drawskich Zakładów Przemysłu Terenowego. Zakład produkował różnego rodzaju wyroby, ale bardzo wysoką rentownością odznaczały się szyte tutaj lalki, które eksportowano do szesnastu krajów. Popyt był tak duży, że zdecydowano się wzmocnić produkcję pracą chałupników z Drawska i pobliskiego Złocieńca.

Pora omówić południową pierzeję rynku, w czym pomocna będzie pocztówka numer 57, przedstawiająca właśnie tę stronę rynku i dzisiejszą ulicę Ratuszową. Na pierwszej kamienicy po lewej stronie można odczytać szyld warsztatu zegarmistrzowskiego Maxa Raduenza, na tym samym domu dostrzeżemy też szyld farbiarni. Mieściła się tutaj również Kawiarnia Cesarska, do której można było wejść od strony dzisiejszej ulicy Piłsudskiego. Kolejny budynek to sklep o bardzo bogatym asortymencie, gdyż jego właściciel, Karol Boehlke, sprzedawał akcesoria wędkarskie, rowerowe i radiowe. Trzecia kamienica to cukiernia Eryka Kleinschmidta, a czwarta - popularna w przedwojennym Drawsku piwiarnia Eryka Hollatza, który w tym samym budynku prowadził sklep z towarami kolonialnymi. W ostatnim domu południowej pierzei znajdował się zakład fryzjerski Wernera Kuehla i sklep rowerowy, a dalej stały domy ulicy Nettelbecka (Ratuszowej). Wszystkie budynki tej strony rynku spłonęły doszczętnie w marcu 1945 roku.

 

 

57. Widokówka przedstawiająca południową pierzeję rynku oraz wszystkie domy południowej strony ulicy Ratuszowej (Nettelbeckstrasse). Od lewej strony uważny obserwator zobaczy: dom zegarmistrza Raduenza, sklep wielobranżowy Boehlkego, cukiernię i piwiarnię. Dalej widać domy ulicy Ratuszowej: dość skromny budynek Rolniczego Związku Sprzedaży i Skupu sąsiaduje z wyższym gmachem sądu, dwuspadzisty dach należy do dawnego ratusza. Skromnego posterunku policji prawie nie widać. Ulicę zamyka pokaźna kamienica Wittego. Wydawnictwo Ottona Rambowa

 

 

58. Pocztówka ze zdjęciem lotniczym drawskiego starego miasta. Wydawnictwa: Ottona Rambowa i Aero-Bild-Verlag z Lipska

 

Kolejna widokówka (numer 58) przedstawia serce miasta z perspektywy lotnika. Widać wspaniałą bryłę kościoła oraz domy zachodniej i północnej pierzei rynku. Fotografię wykonano w momencie, gdy chłopi i handlarze rozstawili na centralnym placu miasta stoiska, oferując mieszkańcom miasteczka swoje towary. Strona adresowa tej widokówki wysłanej 25 maja 1943 roku zawiera kilka ciekawych informacji. Okazuje się, że kartka jest wspólnym produktem drawskiego wydawnictwa Ottona Rambowa i lipskiego wydawnictwa specjalizującego się w wykonywaniu zdjęć lotniczych – Aero-Bild-Verlag. Logo tej ostatniej firmy, zawierające wizerunek jednopłatowego samolotu, możemy zobaczyć w dolnej części strony adresowej pocztówki. Kobieta o imieniu Helga wysłała tę kartkę z Suliszewa do swojej kuzynki lub przyjaciółki - Ilzy, mieszkającej w Gelsenkirchen, w mocno bombardowanej przez aliantów Westfalii. Rozpętana przez hitlerowców wojna zaczęła coraz mocniej doskwierać mieszkańcom Niemiec. W latach 1943-1944 na Pomorze przybywali uchodźcy z tych części Niemiec, które poddane zostały intensywnym bombardowaniom. Byli to przeważnie mieszkańcy Zagłębia Ruhry. Pomorze Zachodnie określane było wtedy „przeciwlotniczą piwnicą Rzeszy”. Helga jest niewątpliwie jedną z takich uciekinierek. Z tekstu wiadomości bije optymizm, autorka jest zachwycona majową pogodą, piękną okolicą, bezpieczeństwem i faktem, że jest przy niej jej dziecko:

 

„Kochana Ilzo! Od niespełna czternastu dni jestem na Pomorzu i mam Gerda przy sobie. Czujemy się naprawdę dobrze. Przy tej wspaniałej pogodzie mamy jednak tyle do zrobienia, że nie starcza mi czasu na pisanie listów. Dlatego dzisiaj tylko ta karteczka. Nie złość się! Jak wiedzie się Tobie i Twoim ukochanym? Serdeczne pozdrowienia dla Was wszystkich od Twojej Helgi”

   

 

Na pożegnanie z centralnym punktem grodu obejrzyjmy kolejną barwną litografię (numer 60). Pośród roślinnych ornamentów dostrzeżemy herb miasta, budynek gimnazjum oraz dwie grafiki przedstawiające rynek z końca XIX wieku. Autor litografii uchwycił też kilkoro przechodniów, wśród których wyróżniają się postacie kobiece z niewielkim parasolkami przeciwsłonecznymi.  

 

60. Barwna litografia wysłana 23 maja 1901 roku, przedstawiająca kościół, gimnazjum oraz kilka domów przy drawskim rynku oraz wylot ulicy Wielkomłyńskiej (Piłsudskiego). Wydawcą był zakład litograficzny, papierniczy i introligatorski Brandta z Drawska Pomorskiego.

 

Opuszczając rynek udajemy się ulicą Ratuszową w kierunku ulicy Klasztornej (dziś Bohaterów Westerplatte). Zacznijmy od wyjaśnienia dość dziwacznej dla polskiego ucha dawnej nazwy - Nettelbeckstrasse, która obowiązywała do 1945 roku. Otóż Joachim Krystian Nettelbeck był wybitnym pomorskim żeglarzem, który urodził się w 1738 roku w Kołobrzegu. W młodości zdobył patent sternika i uczestniczył w niechlubnym procederze handlu niewolnikami, pływając między Afryką a Surinamem. Później wrócił do swej pomorskiej ojczyzny. Joachim miał trudny charakter, odpychał od siebie ludzi wyjątkową arogancją, ale jednocześnie był ceniony za swoje umiejętności. Los doświadczał go wielokrotnie. Kiedy dorobił się własnego statku, szybko go stracił wraz ze znaczną częścią majątku podczas sztormu na morzu. Na pamięć potomnych zasłużył sobie, kiedy wspólnie z księciem Gneisenau obronił w 1807 roku twierdzę Kołobrzeg przed wojskami napoleońskimi. Odtąd uważano go za wybawcę Kołobrzegu. Zmarł w 1824 roku, w wieku 85 lat, w swoim rodzinnym mieście.

Wcześniej ulica Nettelbecka nosiła nazwę Małorynkowej (Kleinmarktstrasse), a także Sądowej (Gerichtstrasse). Pierwsza nazwa nawiązywała do położenia ulicy, a druga odnosiła się do sądu miejskiego mieszczącego się właśnie tutaj. Na południowej stronie tej niepozornej uliczki miało swe siedziby kilka ważnych dla miasta instytucji.

W położonym najbliżej rynku domu numer 1 mieściły się biura Rolniczego Związku Sprzedaży i Skupu. Był to bardzo ważny podmiot gospodarczy w powiecie. Od 1870 roku na rynku skandynawskim, dokąd eksportowali zboże pomorscy rolnicy, coraz silniej zaczęła się ujawniać konkurencja amerykańska. Tanie amerykańskie zboże rozpoczęło podbój rynków europejskich. Jego napływ do Niemiec przyczynił się do znacznego spadku cen, co znacznie pogorszyło sytuację pomorskich producentów. Konieczne stało się szukanie sposobu obniżenia kosztów. Dobrą drogą w tym kierunku byłoby wyeliminowanie pośredników handlowych, którzy starali się zakupić produkty rolne możliwie najtaniej, aby maksymalizować wysokość swojej marży. Z drugiej strony, dostarczali oni gospodarstwom rolnym maszyny i nawozy po cenach znacznie wyższych niż fabryczne. Pomorski rolnik sprzedawał więc swoje produkty stosunkowo tanio, jednocześnie zmuszony był do nabywania maszyn i nawozów po zawyżonych cenach. Inicjatywę podjęli pomorscy właściciele ziemscy z Ludwikiem von Knebel-Doeberitzem z Suliszewa na czele. Na początek postanowiono zebrać wszystkie zamówienia na  nawozy i sprowadzić ten towar bezpośrednio z fabryki. Realizacja pomysłu zakończyła się pełnym sukcesem, gdyż wytwórnia nawozów zaoferowała duży rabat. Ta udana próba stała się impulsem dla powołania 30 lipca 1889 pierwszego na Pomorzu towarzystwa rolniczego: był to Drawski Rolniczy Związek Zakupu i Zbytu (Dramburger Landwirtschaftlicher Ein- und Verkaufsverein). Śladem powiatu drawskiego poszły inne: świdwiński, białogardzki, szczecinecki i kołobrzeski. Powiatowe związki połączyły się w 1895 roku w Pomorski Główny Związek Rolniczy, którego pierwszym przewodniczącym został Ludwik von Knebel-Doeberitz z Suliszewa.

Cele związku zostały wkrótce rozszerzone. Nie tylko organizowano wspólne zakupy bezpośrednio u producenta, ale zajęto się korzystną sprzedażą produktów. Ponieważ konkurencja na rynku zbożowym w dalszym ciągu była bardzo duża, pomorski związek wyspecjalizował się w uprawie ulepszonych gatunków ziemniaków. Aby zmniejszyć koszty magazynowania, związek wynajmował, a potem zakupił magazyny, które przed I wojną światową zbudowane zostały przy stacjach kolejowych. Wielki związkowy spichlerz mieścił się przy ulicy Jagiellońskiej (Dragestrasse). Ten okazały budynek na Drawą przetrwał do naszych czasów.

W 1945 roku wartę przed spichlerzem pełnili Rosjanie, którzy dopuszczali się wielu przestępstw i wybryków. Pani Zofia Czarnecka, która mieszkała wtedy przy ulicy Jagiellońskiej pamięta pewne dramatyczne wydarzenie, które rozegrało się tutaj za ich sprawą. Sąsiadami pani Zofii było wtedy starsze niemieckie małżeństwo opiekujące się niepełnosprawnym dzieckiem. Niemka musiała przechodzić koło spichlerza niemal codziennie udając się do pompy przy ulicy Bohaterów Stalingradu (dziś Bohaterów Westerplatte). Pewnego dnia została napadnięta przez rosyjskich wartowników, pobita i brutalnie zgwałcona. Kobieta długo dochodziła do siebie po tej napaści. Jej zrozpaczony i bezradny mąż zwrócił się do pani Zofii: „Panienko, Rosjanie zrobili coś strasznego mojej żonie”. Pani Czarnecka był równie bezradna, odpowiadając, że ona sama boi się tych Rosjan.   

Na piętrze biura przy ulicy Nettelbeckstrasse 1 mieszkał kasjer pracujący w tym spichlerzu. Związek utrzymywał w Drawsku nawet swój park samochodowy, którego zadaniem była pomoc członkom zrzeszenia w transporcie bydła, zboża i ziemniaków, co również znacznie obniżało koszty. W ten sposób dostarczano też do gospodarstw zamówione towary. W wielu pomorskich miasteczkach, między innymi w Złocieńcu (ulica Piłsudskiego, Bueddowstrasse) i Wierzchowie, powstały punkty sprzedaży związku.[vi]

Płytę nagrobkową założyciela związku, Ludwika von Knebel-Doeberitza, można odnaleźć w parku przy dawnym pałacu (widokówka) w Suliszewie. Była tam kiedyś kapliczka, którą zburzono w latach siedemdziesiątych. Płyty nagrobne Ludwika i jego małżonki Heleny leżą w dole, zarzucone śmieciami, które ktoś nielegalnie wrzucił do zniszczonej krypty.

Powróćmy jeszcze na ulicę Ratuszową, gdzie pod numerem trzecim mieścił się drawski sąd grodzki (Dramburger Amtgericht). Na podwórzu tego budynku, który nie zachował się do dzisiejszych czasów, było niewielkie więzienie, a w  sądowym gmachu mieszkała rodzina Gruberów. Maria Gruber pracowała, gotując więźniom posiłki, a jej mąż Paul był więziennym profosem. Gmach sądu spłonął doszczętnie w marcu 1945 roku wraz z dokumentacją. W ocalałym budynku więzienia pracowała rozlewnia piwa i wód gazowanych, a dziś jest tam Market OK.

Bezpośrednio z sądem sąsiadował dość niepozorny ratusz, widoczny na ilustracji numer 62. Na parterze tego budynku działały główna miejska kasa i urząd podatkowy, a na pierwszym piętrze urzędował szef policji (Polizeimeister) i urząd budowlany. Po zdobyciu miasta przez wojska polskie i rosyjskie w 1945 roku w ratuszu swoją siedzibę urządził sowiecki komendant miasta. W piwnicach okolicznych domów przetrzymywano wtedy niemieckich jeńców wojennych i osoby cywilne, które z różnych powodów były dla Rosjan podejrzane.

Obok ratusza wznosił się skromny, piętrowy budynek karczmy Pod Kukułką. Władze miejskie zdecydowały się wykupić tę kamienicę, urządzając w niej posterunek policji, który w latach czterdziestych nie kojarzył się dobrze polskim robotnikom przymusowym. Niemieccy policjanci byli aroganccy i gorliwie egzekwowali przepisy skierowane przeciwko Polakom, pamiętając przy tym o swoich prywatnych kieszeniach. Oddajmy głos mieszkance Drawska pani Zofii Czarneckiej, która była robotnicą przymusową w Złocieńcu:

 

„[…] Dowiedziałam się, że w sąsiednim miasteczku powiatowym Drawsko (Dramburg) przy ulicy Zamkowej mieszka  dentysta Niemiec, który wprawia Polakom zęby. Polakom nie wolno było przemieszczać się do innych miast bez zezwolenia, ale ja zaryzykowałam i udało mi się kilka razy być u dentysty. Poznałam tam również Polaków, od których dowiedziałam się, że raz w miesiącu w kaplicy przy ulicy Dworcowej odprawiane są msze święte dla Polaków. Kilka razy uczestniczyłam w tych mszach, lecz raz zdarzyła mi się wpadka. Nadszedł właśnie termin odbioru protezy, na którą uzbierałam 75 marek, gdyż Niemka płaciła mi 15 marek miesięcznie. Do Drawska, jak zwykle, przyjechałam pociągiem. Do umówionej wizyty miałem jeszcze dwie godziny, więc pomyślałam, ze pospaceruję i poznam miasto. Może spotkam kogoś z Polaków? […] Wróciłam ulicą Sikorskiego do Placu Konstytucji. Od ulicy Bednarskiej zbliżał się do mnie żandarm (Kaktus). Odwróciłam się do niego plecami i powolnym krokiem próbowałam się oddalić. Nagle usłyszałam przyspieszone kroki za sobą, a za chwilę okrzyk: „Halt!”. Nogi ugięły się pode mną, zatrzymałam się, a on był już przy mnie: „Bist du Polen!”(Jesteś Polką!). Kiedy potwierdziłam wrzasnął: „Wo hast du die P?” (Gdzie masz P!). Odsłoniłam apaszkę pokazując moje P, ale on wrzasnął: „Komm mit!”(Chodź ze mną!). Zaprowadził mnie na dzisiejszą ulicę Ratuszową, gdzie był mały pokoik żandarma, który zabrał mi moją torebkę i wysypał całą zawartość. Zabrał moje 75 marek, resztę mogłam zabrać. Nakrzyczał na mnie i nie dał żadnego pokwitowania. Wróciłam do Złocieńca bez protezy. Moja Niemka dała mi 75 marek, wykupiłam protezę, a pieniądze musiałam odrobić. […]” 

 

Na ulicy Ratuszowej swoje siedziby miały trzy miejskie instytucje: magistrat, sąd z więzieniem i policja. Budynki ratusza i posterunku istnieją do dzisiaj i wykorzystywane są do celów mieszkalnych. Pamiątką po starym ratuszu jest polska nazwa ulicy. Warto dodać, że ratusz na ulicę Nettelbecka przeniesiono dopiero w 1844 roku, po zburzeniu starego, znajdującego się na środku rynku. W tym samym roku rozpoczęto budowę więzienia.

Drugim domem (Nettelbeckstrasse 11) od strony ulicy Klasztornej (Bohaterów Westerplatte) była solidna i wysoka czynszowa kamienica, która również przetrwała do naszych czasów. Jej właścicielem był majster budowlany Witte, który był jednocześnie właścicielem tartaku napędzanego maszyną parową, położonego w północnej części miasta. Zamożnego właściciela stać było na wybudowanie kamienicy z dużym rozmachem, zwłaszcza że wynajem mieszkań w niej przynosił z pewnością niezłe przychody.

Dalej po północnej stronie ulicy stały skromne piętrowe domy prywatne, wśród nich był pewien dość stary szachulcowy. Zanim wybudowano w 1877 roku linię kolejową, przez miasto biegła trasa pocztowa, której stacja z możliwością wymiany koni znajdowała się właśnie w tym budynku.

 

62. Ilustracja stylizowana, nawiązująca wyglądem do starej widokówki. U góry: Joachim Ch. Nettelbeck i ulica nazwana jego imieniem. U dołu: budynek przedwojennego ratusza i sądu przy dawnej ulicy Nettelbecka

 



[i] H. Schoenrock, Ein Rundgang durch Dramburg in den 1938/39, Dramburger Kreisblatt 2005/1, s. 7.

[ii] W. Hintz, Brandbericht ueber das Hotel Stadt Dramburg, Dramburger Kreisblatt, 1/93, s. 10.

[iii] H. Schoenrock, Dramburg 1931, Dramburger Kreisblatt 3/2002, s. 5.

[iv] Heimatkalender fuer den Kreis Dramburg, 1929 r.

[v] H. Schoenrock, Kreuz und quer durch Dramburg im Jahre 1912, Dramburger Kreisblatt 4/2003, s. 5.

[vi] K. Ruprecht, Der Landkreis Dramburg, Badsegeberg, 1976, s. 284-288.