Historia Pojezierza Drawskiego
Szlaki, tajemnice, ciekawostki, legendy
Start
Wędrówki
Rozmaitości
Miejscowości
Pocztówki
Archiwalia
Prezentacje
Blog regionalisty
Księga gości
Kontakt, Informacja
Stawno - Radomyśl
Sikory Komorze - cz I
Sokory Komorze - cz II
Bobrowo - Lisi Dom
Wierzchowski Młyn ...
Majówka 2010 - II część
Baraki koło Ordensburga Krosino
Majówka 2010 - III część
Majówka 2010 - IV cześć
Siemczyno - Głęboczek
Rzepowo - Piaseczno
Złocieniec - Kańsko
Kańsko-Nieszczęśliwe Bagno
Wierzchowo - Wąsosz
Leśne opowieści
W drodze do Gronowa
Gronowskie opowieści
Nad dawną granicą
Między Starym i Nowym Worowem
Wędrówka w czasie ...
1. Pamiątki I wojny św.
2. Paniątki I wojny św.
Legendy na szlakach...
Wierzchowo - Wąsosz

 
Trasa z Wierzchowa do Bukowego Dworu (dziś Wąsosz)
 



 Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową

 
Największe jeziora w okolicach Wierzchowa to Wąsosze, które otoczone jest dużymi kompleksami leśnymi i wygląda dość dziko i tajemniczo. Nic dziwnego, że z jego okolicą wiąże się kilka interesujących legend. Wyprawę rozpoczniemy na wierzchowskim Długim Końcu, skąd poprowadzi nas wąska droga asfaltowa w kierunku Czaplinka. Po lewej stronie szosy rozciągają się rozległe tereny bagienne. Docieramy do miejsca, gdzie drogę przecina Wierzchowski Strumień łączący jezioro Wąsosze z Dolnym Stawem, który po wojnie został przemianowany na Jezioro Dolne. Z przepustu na szosie widać obydwa jeziora. Wokół rozciągają się tereny podmokłe. To z nimi, z jeziorem Wąsosze i z widoczną w oddali wsią Wierzchowo związana jest legenda, którą teraz opowiem, a która pochodzi ze zbioru wierzchowskich legend (Virchower Sagenkranz) autorstwa Georga Kuessela. Zatrzymajmy się na dłuższą chwilę na przepuście nad Wierzchowskim Strumieniem i wpatrując się w oddalone nieco jezioro Wąsosze posłuchajmy historii o związanych z nim legendach i ciekawostkach.

Ognisty jeździec (68)[i]

Przez wieki prawdziwym utrapieniem mieszkańców miast i wsi były nieokiełznane pożary, które wyrządzały ogromne szkody, a ich ofiarą padały drewniane domostwa kryte strzechą. Wśród mieszkańców Wierzchowa żył niegdyś pewien mężczyzna, który posiadał wyjątkowe umiejętności radzenia sobie z nieobliczalnym żywiołem. Nazywano go ognistym jeźdźcem, a jego biały koń stał zawsze w pogotowiu w miejscu, gdzie można go było błyskawicznie osiodłać. Zawsze, kiedy we wsi lub w najbliższej okolicy wybuchał pożar, w jakiś tajemniczy nieodgadniony sposób jako pierwszy dowiadywał się o tym ognisty jeździec. Zanim rozległo się alarmujące bicie w dzwony i dały się słyszeć okrzyki z prośbami o pomoc, mężczyzna już wskakiwał na swego siwka i pędził w miejsce, gdzie szalał czerwony kur. Tam cwałem trzykrotnie przejeżdżał wokół płonącego gospodarstwa, zbliżając się niebezpiecznie do strzelających płomieni. Wyciągniętą prawą ręką robił trzykrotnie znak krzyża, krzycząc głośno słowa zaklęcia: „Ogniu zatrzymaj się i przepadnij! W imieniu Ojca, Syna i Ducha Świętego!”. Następnie nie oglądając się za siebie, pędził jak oszalały w kierunku jeziora Wąsosze. Z rozpędem wjeżdżał do wody, wzbijając wysokie fontanny wody. Za jeźdźcem sunął długi strumień ognia. Płomienie porzucały domostwo, które było w ten sposób uratowane od zniszczenia i z wielką prędkością posuwały się za jeźdźcem w kierunku jeziora. Tam wpadały z sykiem do wody w miejscu, gdzie wcześniej wjechał ognisty jeździec. Pożar ginął w wodach jeziorach, a jeździec spokojnie wracał do wsi, gdzie oczekiwały go wiwaty chłopów i niezliczone podziękowania.

Pewnego dnia rzeczy potoczyły się jednak inaczej. Od wielu miesięcy okolicę trapiła wielka susza. Nie udały się plony, a inwentarz domowy był bliski śmierci głodowej. Bezradni wierzchowianie modlili się o deszcz. Woda w Wąsoszu opadła, a nad brzegami częściowo wyschłego jeziora utworzył się błotnisty, trudny do przebycia obszar. Przyszedł wreszcie dzień Świętego Jana. Tego dnia nad okolicą zebrały się gęste czarne chmury, które nie przepuszczały nawet najmniejszego promyka słońca. We wsi było tak ciemno jak nocą. Przerażeni takimi dziwami mieszkańcy zebrali się w kościele. Kiedy ludzie odmawiali Ojcze Nasz rozszalała się straszna burza. Wiatr dmuchał tak mocno, że korony drzew przechylały się na boki i dotykały ziemi. Nagle powietrzem wstrząsnął straszliwy grzmot pioruna, który uderzył w jeden z domów na Żabińskim Końcu. Podmuch wiatru z hukiem otworzył drzwi kościoła. „Pożar! Pożar!” – wrzasnął ktoś jak oszalały. Wierzchowinie wybiegli ze swej świątyni i zwrócili się w kierunku płonącego domostwa. Pomimo, że niebo zapełnione było ciężkimi chmurami, nie spadła jeszcze ani jedna kropla deszczu, a znajdujący się w tej części wsi niewielki staw dawno wysechł. Nie było skąd wziąć wody. Tymczasem wysuszony dom płonął jak pochodnia. Tylko ognisty jeździec mógł coś na to poradzić. Pogromca pożarów był już oczywiście na miejscu. Swoim zwyczajem przegalopował trzykrotnie wokół płonącego domu, wykrzykując znany wszystkim werset. Następnie spiął konia i galopem ruszył w kierunku jeziora Wąsosze. Za nim ruszyła wielka fala ognia. Niestety nieszczęsny jeździec nie mógł dotrzeć do zbawiennej wody, gdyż koń utknął w mulistym obszarze, który otaczał jezioro. Jeździec bezskutecznie popędzał konia, gdy wtem fala ognia pochłonęła go wraz z siwkiem. Przez chwilę sparaliżowani strachem ludzie widzieli wśród szalejących płomieni jeźdźca, który wkrótce zniknął na zawsze. Właśnie wtedy z nieba spadła gęsta ulewa, jakiej nawet najstarsi ludzie nie pamiętali. Padało przez kilka dni. Rzeczki i strumienie wystąpiły z brzegów, a Wąsosze przypominało morze. Kiedy wody opadły, ziemia była przez kilka lat tak żyzna, jak nigdy dotąd. 

 

Muszę przyznać, że postać ognistego jeźdźca nieco mnie zaskoczyła, gdyż nigdy wcześniej nie spotkałem się z podobną legendą. Miałem jednak przeczucie, że ten symboliczny obrońca wsi przed szaleństwami czerwonego kura musiał występować w legendach innych regionów. Jak się okazało, miałem rację. Poszukiwania w Internecie nie były łatwe, ale przyniosły bardzo ciekawy rezultat w postaci rozprawki z 1917 r. pod tytułem „Die Sage vom Feuerreiter” (Legenda o ognistym jeźdźcu) autorstwa Juliusza Beckera, żyjącego w latach 1879-1944. Publikacja znajdowała się w niemieckiej bibliotece internetowej Lexikus[ii]. Becker dokonał drobiazgowej analizy pochodzenia, odmian i symboliki mitu o ognistym jeźdźcu. Jestem przekonany, że warto zapoznać czytelnika z niektórymi jego tezami, gdyż dobrze ilustrują mechanizm powstawania legend.

Źródłem mitu miała być, według autora, całkowita bezradność człowieka wobec szalejących pożarów w minionych wiekach. Drewniane i kryte strzechą domostwa niezwykle często padały ofiarą żywiołu, płonęły wtedy całe miasta i wsie, a ludziom pozostawała jedynie wiara w nadprzyrodzone siły, które przyjdą im w sukurs[iii]. Możliwe, że ta legenda wywodzi się z mitów starogermańskich i starosłowiańskich. Juliusz Becker trafnie zauważa, że wszystkie jej odmiany zawierają element objeżdżania płonącego domu, co przecież w mieście jest niemożliwe do zrealizowania. Fakt ten może wskazywać na wyjątkowo stare korzenie tego mitu, sięgające czasów, gdy w Środkowej Europie nie budowano jeszcze miast[iv]. Autor przytacza ciekawe zdarzenie z siedemnastego wieku, kiedy gęsta miejska zabudowa uniemożliwiła akcję ognistego jeźdźca:

„Kiedy 9 dnia marca roku pańskiego 1674 w porze wieczornej o godzinie 9 pojawił się ogień w jednej ze stodół przy rynku miasta Zeitz, który przenosząc się na sąsiednie budynki spalił wiele bydła, pojawił się konno książe Moritz i chciał objechać w koło ognisko pożaru, co jednak z powodu niedogodnego terenu było niewykonalne.”

Ognisty jeździec. Obraz Fryderyka Kallmorgena z 1888 r.

 

Zwróćmy uwagę, że w przytoczonym zdarzeniu w roli ognistego jeźdźca występuje osoba krwi książęcej. W przeciwieństwie do wierzchowskiej legendy, gdzie jeźdźcem był zwykły chłop, w innych odmianach mitu rolę tę pełniły osoby wysoko urodzone lub pełniące ważne funkcje: baronowie, książęta, rycerze, nadleśniczy, burmistrzowie, właściciele majątków ziemskich a nawet księża. I tutaj Juliusz Becker dopatrzył się związku ze starożytnymi mitami, według których przywódcy i wodzowie dysponowali magicznymi mocami.

Ciekawym zagadnieniem jest wymawianie zaklęć przez jeźdźca. W chrześcijańskim świecie posługiwanie się zaklęciami graniczyło z pogańskim stosowaniem czarów, co z kolei było ciężkim grzechem. Dlatego w niemal wszystkich legendach zaklęcia ognistego jeźdźca pełne są pobożnych wersów z odwołaniami do Świętej Trójcy i Matki Boskiej.

Jak silne było oddziaływanie legendy o ognistym jeźdźcu, pokazują autentyczne relacje z wydarzeń zebrane przez Juliusa Beckera[v]:

„W 1864 r. pewien chłop mieszkający w Schilbach pozwolił, żeby cały jego dobytek spłonął podczas pożaru, nie próbując go ratować, gdyż przekonany był o sile znanego mu zaklęcia”.

„W 1730 r. pułkownik von Krueger czynił próby zgaszenia pożaru przez objechanie go konno, co miało skutek równie mizerny, jak wymawiane przy tym zaklęcia”.

„W 1817 r. zginął w swoim płonącym pałacu w Muehtrupp królewski komornik baron Otto von Cospoth, ponieważ był on święcie przekonany, że jest w posiadaniu bardzo silnego przeciwogniowego zaklęcia i za późno pomyślał o swoim ratunku”.

Jak widać, przesądy mogły doprowadzić do strasznych tragedii.

Ciekawostką jest fakt, że ognisty jeździec nie zawsze był postacią pozytywną. W niektórych przekazach ludowych przedstawiano go jako ducha, który przybierał postać mężczyzny w czerwonej czapce. Ognisty jeździec galopował na rudej szkapie w miejsce, gdzie miał wkrótce wybuchnąć pożar. Był więc w tej wersji złowrogim zwiastunem nadchodzącej katastrofy. Taka odmiana legendy została opisana w wielkim leksykonie Brockhausa wydanym w Lipsku w 1930 r.

Czytelnicy zauważyli zapewne, że w legendzie o ognistym jeźdźcu występują motywy przypominające podanie o dniu Świętego Jana w Wierzchowie. Tak już bywa z legendami regionalnymi, że często przeplatają się ze sobą.

Z przepustu na szosie do Czaplinka widzimy południowy koniec jeziora Wąsosze, które należy do największych zbiorników wodnych na Pojezierzu Drawskim. Jego powierzchnia sięga 308 ha, a długość przekracza 8 km. Nieco wygięte pasmo jeziora ciągnie się wśród bagien i lasów od północnych krańców Wierzchowa po wieś Bobrowo (Dietersdorf). Do 1859 r. Wąsosze było jeszcze większe, gdyż właśnie wtedy obniżono poziom jego lustra wody, pogłębiając o 1,5 metra rzekę Wąsawę. Wąsosze cofnęło się, oddając 181 ha ziemi dla celów rolniczych i zalesiania. Po tej operacji na jeziorze pojawiły się dwie wyspy. Z uzyskanej powierzchni uprawnej około 75 ha było własnością majątku ziemskiego rodziny Greuneisen w Osieku. Obszar ten leżał na zachód od jeziora Wąsosze i niestety na wiosnę wypełniał się wodą, która zbierała się tam między innymi w wyniku topnienia śniegu. Żeby zapobiec temu niekorzystnemu zjawisku zainstalowano w tym miejscu pompę, która małym kanałem odprowadzała wodę do jeziora Wąsosze. Urządzenie to pracowało każdej wiosny aż do 1943 r., co pozwalało rolnikom bez przeszkód wykorzystywać te obszary. Po likwidacji pompy woda zalała cały obszar i dziś jest tam jezioro o nazwie Małe Okrągłe. Jeziorko to leży więc na obszarze dawnego jeziora Wąsosze, które sięgało tam, zanim obniżono lustro jego wody[vi]. 

Wodnik z Piotrowego Ostrowa (69)

Na większej wyspie, zwanej Piotrowym Ostrowem zamieszkiwać miał wodnik, demon opiekuńczy i władca jeziora. Posturą przypominał starego, zgarbionego człowieka z zielonymi oczyma i długimi rozczochranymi włosami. Między palcami miał błonę pławną, a kiedy stąpał po lądzie, zostawiał za sobą głębokie kałuże. Wodnik potrafił przybierać postaci ryb lub raków i był otoczony całą czeredą służących mu wodnych duchów, które stanowiły rodzaj dworu jeziornego króla. Kiedy był w złym humorze, topił przeprawiające się przez jezioro zwierzęta. Zdarzało mu się atakować nawet kąpiących się w jeziorze ludzi, jeśli poważyli się czynić to przed Dniem Świętego Jana.

 

Dość zabawne podanie związane z jeziorem Wąsosze powstało w Bobrowie:

Głodne węgorze (70)

Według dawnych mieszkańców Bobrowa późną nocą z jeziora wypełzały na brzeg węgorze. Następnie przedostawały się do ogródków domowych, żeby objadać się dojrzałym grochem[vii].

 

Mniej więcej w połowie jeziora znajduje się znaczne zwężenie, gdzie położone na przeciwległych brzegach cyple niemal dotykają się nawzajem. Woda jest tu znacznie płytsza niż w innych miejscach. Przez środek jeziora ciągnie się podziemny nasyp będący przedłużeniem cyplów, który dzieli jezioro na dwa oddzielne zbiorniki. Patrząc na mapę mamy wrażenie, jakby jezioro zostało złamane w tym miejscu. Łączący cyple podziemny nasyp dawni mieszkańcy okolic nazywali Diabelską Ławą. O powstaniu tego miejsca opowiada bardzo intrygująca legenda opisana przez Antona Hellera w przedwojennym Kalendarzu Ojczyźnianym (Heimatkallender).

Diabelska Ława (71)[viii]   

W położonym po zachodniej stronie jeziora folwarku Sułoszyn (dawniej: Zuehlskamp) żył niegdyś kłusownik, który trawiony jakimś niepokojem ciągle przemierzał rozległy las po zachodniej stronie Wąsosza, intensywnie polując na dzikiego zwierza. Niemal każdej nocy dźwigał do swojej chałupy ubitą sarnę, jelenia a nawet dzika. Po kilku latach tak mocno przetrzebił zwierzynę w tej okolicy, że trudno było tam spotkać choćby jedną zagubioną sztukę. Kłusownik tęsknie spoglądał na drugą stronę jeziora, gdzie rozciągały się lasy należące do majętności Bagienny Dwór (niem. Bruchhof), który dziś nosi nazwę Wąsosz. Ten kompleks leśny łączył się z lasami Bobrowskim i Siemczyńskim, borem nad jeziorem Krzemno, oraz wielką puszczą w okolicach Będlina i Świerczyny, która należała do króla Prus. Były to więc ogromne i wspaniałe tereny łowieckie pełne dzikiej zwierzyny. Zmartwiony kłusownik stał nad brzegiem jeziora i długo zastanawiał się, jak pokonać wodną przeszkodę oddzielającą go od tego kłusowniczego raju. Obejście jeziora zabrałoby mu wiele godzin, poza tym było bardzo niebezpieczne ze względu na liczne bagna.

 

Na polowaniu – stara widokówka

 

Kiedy pewnego wiosennego wieczora kłusownik znowu stał zamyślony nad brzegiem jeziora Wąsosze, trzymając w ręku swoją fuzję, nieoczekiwanie wyrósł obok niego elegancko wystrojony mężczyzna. Kłusownik zdębiał ze strachu, gdyż był przekonany, że został właśnie przyłapany z bronią w ręku przez jednego z gajowych. Obawa jednak okazała się nieuzasadniona, gdyż obcy krzywo się uśmiechnął i uprzejmie zwrócił się do kłusownika: „Witaj leśny człowieku. Znam dobrze twe pragnienia i mogę je zaspokoić. Jeszcze dziś wybuduję dla ciebie nasyp przez środek jeziora, a ponadto podaruję ci wolną kulę (Freikugel), abyś zawsze niezawodnie trafiał zwierza, którego chcesz upolować. Musisz tylko spełnić jeden nieistotny warunek… Wystarczy jedynie, że zapiszesz mi swoją duszę”. Słysząc te słowa kłusownik przyjrzał się bliżej swojemu rozmówcy i poznał, że stoi przed nim diabeł, książe ciemności we własnej osobie. Nie potrafił jednak zachować rozsądku, gdyż drążyła go nieodparta chęć polowania w bogatych w zwierzynę lasach na przeciwległym brzegu. Bez namysłu odrzekł: „Czym dla mnie jest moja dusza? Czym dla mnie jest duchowość? Sensem mojego życia jest przyjemność leśnych łowów. Teraz tylko pragnę polować, polować bez końca!”. „Świetnie!” – rzekł szatan – „Przyjdź więc jutro wieczorem nad strumień, który wpada do jeziora Krosino, tam gdzie rośnie trójdrzew, odnajdziesz moją chatę. Odleję dla ciebie wolną kulę, a potem zbuduję nasyp przez jezioro Wąsosze. Tę robotę skończę do przed nadejściem świtu i wtedy podpiszesz własną krwią umowę, która pozwoli mi przejąć po śmierci twoją duszę”.

Kłusownik przybył punktualnie do chałupy, nad którą wznosiły się pnie trójdrzewu. Diabeł stał już przed paleniskiem i szurał w nim pogrzebaczem. W mgnieniu oka odlana została wolna kula, którą szatan przekazał kłusownikowi. Następnie z sykiem i łoskotem diabeł ruszył w kierunku jeziora Wąsosze, by spełnić drugą część kontraktu i zbudować nasyp. Praca okazała się bardzo ciężka, gdyż diabeł musiał wyrywać ziemię położoną między gęsto rosnącymi drzewami, a jezioro było wówczas bardzo głębokie. Jednak posiadając wielką moc, bies radził sobie z tymi przeciwnościami i do północy połowa nasypu była już gotowa.

 

Nad jeziorem

 

Wtedy wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. W jeziorze Wąsosze żył od wieków wodnik, który odpoczywał właśnie w swoim ulubionym miejscu na wyspie zwanej Piotrowym Ostrowem otoczony licznym dworem wodnych duchów: rusałek, utopców, wiłów, nimf i syren. Cała czereda rozsmakowała się w spokoju jaki panował tam późnym, wiosennym wieczorem. Początkowo wodnik nie zwracał uwagi na praśnięcia ziemi wrzucanej przez diabła do wody, gdyż przypuszczał, że jest to szmer jeziornych fal. Kiedy jednak księżyc oświetlił powierzchnię jeziora, wodnik zobaczył, że jego taflę przecina dziwaczny nasyp. Dostrzegł też diabła biegającego z ziemią w tę i z powrotem. Cały dwór władcy i opiekuna jeziora był oburzony i wstrząśnięty. „Ten obcy śmiał wtargnąć na nasz teren i bez pytania nas o zdanie dokonać jego brutalnego podziału jeziora” - mówili. Wodnik wydał rozkaz, żeby wszystkie jeziorne duchy ruszyły do zatoki, nad którą leżało Bobrowo i mocno rozkołysały wodę. Pomocny okazał się też wiatr, który nagle począł wiać w kierunku południowo-wschodnim. Nie minęła nawet godzina, a już w stronę diabelskiego nasypu ruszyły wysokie fale, które jedna po drugiej rozbijały się o jego brzegi. Nasyp począł niknąć w oczach.

Tymczasem pracujący nad drugą połową wału diabeł był tak zajęty wyciąganiem ziemi z lasu, że nawet nie zauważył, że pierwsza część jego pracy została całkowicie zniweczona przez wodnikowych dworzan. Dopiero kiedy na horyzoncie pojawiła się czerwona łuna wieszcząca rychłe nadejście świtu, zakończył swą pracę, spojrzał na swoje dzieło i zawył z gniewu, który wstrząsnął całym jego ciałem. Pierwsza połowa nasypu była kompletnie zniszczona, wielkie fale zmieniły wysoki wał w płaską, podwodną ławę. Cała praca poszła na marne, nie dostanie bies upragnionej kłusowniczej duszy. Promienie słoneczne zaczęły właśnie wyłaniać się zza gęstej ściany lasu Dworu Bagiennego. Nie pomogły przekleństwa i ryki wściekłości, diabeł pracował całą noc daremnie.

 

 

Zabawa wodnych duchów

 

Wodnik śmiał się i szydził widząc bezsilną wściekłość i wzburzenie czarta, który ze straszliwym hukiem i łoskotem odleciał do swojego domostwa na Krosinem. Wtedy duchy wodne wzięły się do pracy i zburzyły pozostałą część nasypu. Pozostały po nim tylko dwa wcinające się w jezioro półwyspy i podwodna Ława Diabelska. Miejscowi rybacy wiedzieli, że nie wolno się do niej zbliżać, szczególnie w nocy, gdyż wodne zjawy nienawidziły tego miejsca i chętnie wyładowywały swoją złość na ludziach przypadkiem tam przebywającym.

Kłusownik wrócił do Sułoszyna bardzo rozczarowany. Nie mógł skorzystać ani z nasypu, ani z pozostawionej mu wolnej kuli, gdyż po tej stronie jeziora nie było już zwierza godnego jego uwagi. Wkrótce wpadł na pomysł, żeby zatrudnić się jako parobek w majątku leśnym w Wąsoszu, ale jego zła sława dotarła tam wcześniej i przepędzono go, gdy prosił o zatrudnienie. Więc dalej chodził nocami do lasu na zachodnim brzegu Wąsosza. Ponieważ rozeszła się wieść, że otrzymał od diabła wolną kulę, gajowi woleli nie wchodzić mu w drogę. Kłusownik nigdy nie znalazł już przyjemności w polowaniach w tej okolicy i pewnej nocy po prostu zniknął. Nikt nie wiedział, dokąd się udał.  

 

Jak już wspomniałem, tę legendę opisałem na bazie publikacji Antona Hellera w Kalendarzu Ojczyźnianym. Ten nauczyciel ze Złocieńca był wybitnym znawcą okolicznych legend i pięknie wkomponował w tę opowieść motyw siedziby diabła przy trójdrzewie nad Krosinem. Podobne legendy o nasypach budowanych przez księcia piekieł znajdziemy też w innych miejscowościach na Pomorzu. Między innymi nad odległym o kilkanaście kilometrów jeziorem Siecino.

        W mitologii łowieckiej występuje tak zwana wolna kula, której posiadanie gwarantowało strzelcowi, że każdy jego strzał dosięgnie celu. W naszej legendzie kulę taką odlewał diabeł, korzystając ze swojej magicznej siły. Według innych przekazów kulę należało odlać o północy określonego dnia w jakimś tajemniczym miejscu. Opisywano też inny sposób: należało ukryć się w kościele podczas mszy odprawianej o północy. Kiedy nadeszło podniesienie, trzeba było wycelować kulę w hostię i wtedy wyryć na niej krzyż. W taki sposób miałaby powstać wolna kula. W licznych legendach mówiło się również o wolnym strzelcu, który podpisawszy kontrakt z diabłem, zdobywał wolną kulę. Mógł oddać za jej pomocą siedem strzałów, spośród których sześć było nieomylnie celnych, a siódmy brał kierunek zgodny z wolą diabła, co stanowiło oczywiście poważne ryzyko, gdyż strzelec nie wiedział, który strzał należał do władcy ciemności.

Czas ruszać w dalszą drogę, kilkaset metrów za przepustem kończy się szosa i do Czaplinka prowadzi odtąd leśna droga. My jednak wybieramy drogę, która odbija w lewo i jest oznakowaną trasą dla turystów rowerowych. Po lewej stronie bliżej jeziora Wąsosze widać gospodarstwo, które przed wojną nazywano Jeziornym Dworem (Seehof). Szlak rowerowy powiedzie nas przez piękny las aż do wsi Wąsosz. W tym spokojnym borze łatwo natknąć się na dzikie zwierzęta: sarny, lisy i dziki.

Wreszcie docieramy do dawnego leśnego majątku Bruchhof (Bagienny Dwór), gdzie bezskutecznie szukał pracy kłusownik z legendy o Diabelskiej Ławie. Po wojnie wieś nazwano Ugorami, by później przemianować ją na Wąsosz. Główną atrakcją tej malutkiej osady jest neogotycki pałac wybudowany w połowie XIX wieku i przylegający do niego zaniedbany park z niewielkim stawem. Zwiedzając park, możemy dotrzeć nad jezioro Wąsosze, o którym już wiele opowiadaliśmy.
 
 Warto też odwiedzić naszą księgarnię internetową

[i] G. Kuessel, Feuerreiter von Virchow, Virchow und Umgebung, Heimat Kirchspiel Virchow 1967 r. s. 69-70.

[ii] WWW.lexikus.de

[iii] J. Becker, Die Sage vom Feuerreiter, www.lexikus.de, s. 3.

[iv] Tamże, s. 7

[v] Tamże, s. 7

[vi] W. Ratz, Erinnerungen an den Vansowsee, Dramburger Kreisblatt.

[vii] Tamże.

[viii] A. Heller, Der Teufelsdamm im Vansowsee, “Heimatkallender fuer den Kreis Dramburg”, Dramburg 1929, s. 84-85.